The Sound of Chaos, czyli jak Włosi (nie) poradzili sobie z Eurowizją. Felieton Arkadiusza Zroślaka

    Nie bez powodu Eurowizja 1991 przeszła do historii jako jedna z najgorzej zrealizowanych w historii. Ponad 30 lat później włoski nadawca publiczny dostał ponownie szansę na organizację największego muzycznego konkursu w historii i pokazanie, że tamte wydarzenia były tylko wypadkiem przy pracy. Jednak się okazało — nie do końca ta sztuka się udała, o ile nie powiedzieć, że Włosi w ogóle nie stanęli na wysokości zadania.

    Wiele fanów Konkursu Piosenki Eurowizji obawiało się tego, jak wypadnie pierwszy od 3 dziesięcioleci konkursu organizowany przez RAI. Oczywiście nie ma co porównywać tego, jak zmieniło się i jak wygląda obecnie całe widowisko oraz technologiczno-realizacyjne standardy przez ten czas. Jednak jak powszechnie wiadomo — Włosi zdecydowanie większą wagę przywiązują do festiwalu San Remo, na którego bazie z resztą powstała Eurowizja, a międzynarodowy konkurs traktują jako dodatek. Chociażby na podstawie tego cudów nie należało się spodziewać. Jednak liczba kuriozalnych sytuacji przerosła chyba największych sceptyków.

    Wszystko zaczęło się od dość opóźnionego wyboru miasta-gospodarza, którym został Turyn, a konkretniej PalaOlimpico. I już tutaj można wysnuć pierwszy zarzut, bowiem arena w obrazku była dość „klaustrofobiczna”, bez porównania z holenderską areną Ahoy, nie mówiąc już o przedpandemicznej Altice Arena w Lizbonie.

    Prawdziwy armagedon miał nastąpić dopiero później. Tuż przed próbami okazało się, że kluczowy element sceny, kinetyczne słońce się popsuło, prawdopodobnie przez dostanie się do silników wody ze scenicznego wodospadu. Awaria była na tyle frapująca, że konstrukcja zatrzymała się tyłem do sceny, przez co strona z ekranami ledowymi nie była widoczna i nie można było z niej korzystać. Delegacje wysyłają do organizatorów plany swoich występów kilka tygodni przed Eurowizją, a koncepty układają o dostępną specyfikację. Nie muszę więc chyba wspominać, że dokonywanie mniej lub bardziej zaawansowanych zmian na szybko w występach nie jest tym, o czym marzą uczestnicy Eurowizji. Tym bardziej że według mniej lub bardziej doniesień w części występów obracające się łuki miały odgrywać znaczącą rolę. Dodatkowo sytuację pogarszał brak oficjalnych komunikatów ze strony zarówno EBU,  jak i RAI, a o rozwoju sytuacji donosiły włoskie media albo same delegacje. Uważam, że sprawy tak istotnie zasługują na stosowne oświadczenie. Ostatecznie okazało się, że konstrukcja się porusza, ale zbyt wolno, żeby zmienić swoją pozycję o 180 stopni w 40 sekund. Wobec tego zadecydowano, że wszystkie konkursowe występy będą realizowane ze słońcem obróconym światłami do przodu. I chociaż w całości nie wypadło to aż tak źle, jak mogłoby się wydawać, to jednak część krajów znacznie ucierpiała na zasłoniętych wizualizacjach.

    Od strony technicznej też konkurs pozostawiał wiele do życzenia — wiele pomyłek w ujęciach kamer, widoczna obsługa techniczna podczas występów, pokazywanie złych delegacji siedzących w green roomie podczas skrótów, problemy z australijskim statywem podczas półfinałowego występu czy też niepokazanie belki przed występem Irlandii. Warto też wspomnieć, że pierwsza generalna próba drugiego półfinału była kwintesencją organizacyjnego chaosu — aż 7 reprezentantów powtarzało swoje podejścia, a i tak ostatnie próba nie przebiegła zgodnie ze scenariuszem i nie udało jej się dokończyć w ostatecznej formie. Ciężko mi sobie przypomnieć tak położną realizację w ostatnich latach. Od 2013 roku kolejność startowa Eurowizji układana jest przez organizatorów. Ma to między innymi uatrakcyjnić show czy też pomóc obsłudze w przygotowaniu sceny pod kątem wnoszenia na scenę rekwizytów. Jednak i tym roku także to się nie udało, gdyż przerwy pomiędzy występami były nieregularne, przez co show traciło na płynności. Wstawki z prowadzącymi czy przeróżnymi filmikami (mój „faworyt” to sklejka rodem ze Stocka nawiązująca do sloganu, czyli dźwięków piękna w codziennym życiu) wybijały z rytmu nawet fanów, nie mówiąc już o niedzielnych widzach.

    Kulał i to bardzo mocno sam scenariusz trzech eurowizyjnych koncertów. Przede wszystkim zabrakło mi opowiedzenia historii Włoch na ESC, a trzy interwale z byłymi uczestnikami (ok, akurat występ Diodato był majstersztykiem) i odśpiewania fragmentu Nel blu, dipinto di blu (czyli Volare) acapella przez prowadzącą to trochę za mało. Tym bardziej że doszło do niespotykanej dotychczas (a w każdym razie dawno niewidzianej) sytuacji, bowiem zeszłoroczne Zitti E Bouni nie wybrzmiało w całości ANI RAZU. Ale ok, skoro ustaliliśmy, że Włosi nie przejmują się Eurowizją i jej nie czują, to czemu nie zrobić szaleństwa znanego z San Remo, albo przybliżyć widzom włoską muzykę, wychodząc poza eurowizyjne ramy? A przecież Italia pod tym kątem ma się naprawdę czym pochwalić. W zamian za to dostaliśmy… covery Stinga i Pati Smith. Totalnie zmarnowany potencjał.

    A skoro wspomniałem wcześniej o prowadzących — o ile Alessandro i Laura naprawdę dawali radę, byli wyluzowani i dystansem, tak angaż Miki był podyktowany prawdopodobnie tylko i wyłącznie jego znajomością francuskiego (który jest drugim, oficjalnym językiem Eurowizji i tradycyjnie najważniejsze kwestie takie jak zasady są przedstawiane także w rodzimej mowie formacji Alvan & Ahez). Tym bardziej że krótkie (i raczej spontaniczne) rozmowy z uczestnikami pojawiły się dopiero w finale. To jednak można to zrzucić na obawy przez politycznymi agitacjami. Dlatego też angaż aż trójki prowadzących nie był potrzebny, a włoski duet sprostałby zadaniu poprowadzenia show samemu.

    Jednak największym koszmarem były pocztówki przed występami. Sam pomysł był jak najbardziej w porządku — pokazywanie z drona ładnych widoczków z Włoch. Jednak osoba, która wpadła na pomysł doklejenia artystów nagrywanych na green screenie, powinna natychmiastowo pożegnać ze stanowiskiem. Całość wyszła tak bardzo źle, tandetnie i amatorsko jak to tylko można było sobie wyobrazić. Podobną koncepcję miały pocztówki z 2021, ale z litości dla Włochów (leżącego się nie kopie) odpuszczę sobie porównania. Cóż, przynajmniej memy były wyborne.

    A teraz trochę narzekania na rzeczy, na które RAI nie miało wpływu.

    Zdaję sobie sprawę, że to, co napiszę, może być kontrowersyjne, jednak ciężko mi odnieść wrażenie, żeby Ukraina sięgnęła po zwycięstwo poprzez samą piosenkę Stefania i występ. Wręcz przeciwnie — w tym roku aktualna sytuacja, która dzieje się za naszą wschodnią granicą miała kluczową (o ile nie najważniejszą) rolę na tegoroczne wyniki. Nawet sami rzecznicy przekazujący punkty nie kryli, że najwyższe noty dla Kalush Orchestry biorą się z czynników pozamuzycznych, a i też nie ciężko mi sobie wyobrazić, że połączenie wschodniego folku z rapem nagle zachwyciło całą Europę (i Australię). Najbardziej szkoda mi w tym wszystkich pozostałych uczestników, którzy brali udział w wyścigu, którego wynik był znany już od końca lutego. Oczywiście — Ukrainę trzeba wspierać w walce z agresorem, jednak są do tego znacznie bardziej efektywne platformy. W tym roku mieliśmy do czynienia z koncertem solidarnościowym (a nie jak w założeniu — międzynarodowym Konkursem muzycznym), a reprezentanci wszystkich innych państw byli jedynie tłem, od początku skazanym o walkę o drugą lokatę. Ta wygrana jest także wodą na młyn dla wszystkich hejterów konkursu, którzy uważają, że Eurowizja to polityczne widowisko. I ja, jako wieloletni fan konkursu po tym roku nie mam żadnych argumentów, żeby z tą tezą walczyć. Żeby nie było — Stefania to trzy minuty dobrze wyprodukowanego, ciekawego zderzenia światów, ale wciąż „w normalnych warunkach” nie można byłoby liczyć na jej wygraną, szczególnie z taką przewagą w televotingu. Niech świadczy o tym wymowna cisza publiczności w arenie po ogłoszeniu wygranych. Podsumowując — wygrał szczytny gest solidarności, a nie muzyka.

    Na koniec wisienka na torcie, czy drama z głosowaniem jurorów. W drugim półfinale doszło to dość… niecodziennej sytuacji, bowiem aż 6 państw (Polska, San Marino, Czarnogóra, Rumunia, Azerbejdżan i Gruzja) tak ułożyło swoją punktację, że najbardziej premiowane były wyżej wymienione państwa. Jasnych dowodów na ustawione głosowanie nie ma, ale też ciężko uwierzyć na kompletny zbieg okoliczności. Po wykryciu incydentu EBU zastąpiło podejrzane głosowanie punktami wyliczonymi na podstawie specjalnego algorytmu, a połowa rzeczników nie połączyła się podczas finału, aby przekazać wygenerowane głosy swojego państwa. W odpowiedzi na zarzuty ustawki Czarnogóra się broni i przedstawia inne „nieprawidłowe” głosowania, oburzona Rumunia przedstawia swoje głosy z finału i grozi rezygnacją, a San Marino zarzuca EBU faworyzowanie Szwecji i Australii. Cała ta sytuacja po prostu budzi niesmak — dobrze, że organizatorzy walczą z oszustwami, jednak sposób, w jaki to robią, jest dość niejasny i budzący wątpliwości. To nie powinno w ten sposób wyglądać, a całe zajście rzutuje na opinii całego konkursu.

    Podobnie jak komentarze dotyczące zachowania ukraińskiego jury. Czym z kolei oni zawinili? Otóż mieli czelność ocenić finalistów zgodnie ze swoim sumieniem, wobec czego Krystian Ochman w ich głosowaniu zajął dopiero 11. miejsce. Nieprzyznanie Polsce 12 punktów jako oznakę wdzięczności za pomoc Polacy odebrali jako narodową zniewagę, a sytuację komentowali nawet ambasadorzy. Serio? Takie zagrywki są godnie pożałowania i niepotrzebnie mieszają w konkurs politykę, po prostu paranoia. Należy pamiętać, że ukraińscy widzowie „uratowali honor” przyznając River najwyższe miejsce. Zresztą sami Ukraińcy też emocjonalnie zareagowali na głosy swojego jury, dając upust złości w sieci. Jednak z tamtejszych jurorek, próbując ratować sytuację, opublikowała (w większości ocenzurowaną) swoją kartę do głosowania, tłumacząc się, że przyznała Polsce 10 punktów. Jednak nie do końca tak było, albowiem z udostępnionego formularza, że umieściła Polskę na 10. miejscu w swoim rankingu, co miałoby się przełożyć na jeden punkt [ta sytuacja też pokazuje, że EBU powinno bardziej kontrolować głosowanie jury, bowiem nie pierwszy raz okazuje się, że uporządkowanie kilkudziesięciu piosenek w kolejności Od Najlepszej Do Najgorszej wykracza poza kompetencje komisji]. Koniec końców ukraińska telewizja zapowiedziała, że w przyszłym roku to sami Ukraińcy zdecydują, kto ma zasiadać u nich w jury.

    Kończąc mój wywód — Eurowizja 2022 była najgorzej przygotowanym i zrealizowanym konkursem, odkąd świadomie się nim interesuje, czyli od 2013 roku. Naprawdę jest mało elementów, za które można RAI pochwalić, a nawet i one nie są w stanie zatrzeć negatywnego, całościowego wrażenia. Mam smutne przeczucie, że po latach ta edycja będzie kojarzona głównie z kontrowersjami — czy to tymi, które tyczą się zwycięzcy, czy też tych związanych z głosowaniem.

    Wszystkie opinie w tym tekście należą do autora i nie oddają stanowiska każdego członka redakcji All About Music. Inne spojrzenie na tegoroczny konkurs można znaleźć w felietonie Christiana Cieślaka.

    W temacie Eurowizji

    Ostatnio opublikowane