12 września ukazał się czwarty w karierze irlandzkiego boysbandu The Script krążek zatytułowany No Sound Without Silence. Ten z was, kto jest na bieżąco z fabułą „The Vampire Diaries”, „Ghost Whisperer” czy „902010” na pewno doskonale zna twórczość chłopaków z Dublina. Ci, którzy z serialami nie są za pan brat być może pamiętają pierwszą kapelę, w której chłopcy zaczynali rozwijać swoje skrzydła – założony 18 lat temu zespół Mytown.
Czym różni się najnowszy album muzyków od trzech poprzednich? Jak mówią sami muzycy, płyta jest owocem świadomej i gruntownie przemyślanej decyzji muzycznej. Tytuł krążka No Sound Without Silence odnosi się do na poły filozoficznej idei muzyków zakładającej, że dobry materiał muzyczny musi najpierw zostać porządnie obmyślony a dopiero potem nagrany i odtworzony. Nie ma dobrej muzyki bez momentu ciszy, bo tylko w takich chwilach artysta ma czas na zastanowienie się nad tym, co konkretnie chce przekazać publiczności a jeśli tego typu refleksja wydaje mu się zbyteczna, prawdopodobnie nie ma tak naprawdę nic do powiedzenia. Ostro, ale chyba całkiem sensownie! Sprawdźmy jak to się ma do zawartości najnowszego krążka The Script.
Album otwiera żywiołowy singiel Superheroes. Kawałek to niezwykle dynamiczna i energetyzująca kompozycja – jedna z tych, po których człowiek nagle podnosi głowę i śmieje się do całego świata. Utwór bazuje na dosyć skąpych, acz w zupełności wystarczających środkach wyrazu – rytmizującej całość perkusji, szczypcie klawiszy, elektroniki i charyzmatycznym wokalu.
Teledysk za to większych emocji nie wzbudza – jest tu trochę wysypisk śmieci, trochę bezdomnych, trochę dzieci na huśtawkach, no i oczywiście całość przeplatana wizją koncertową … Nic nadzwyczajnego.
Dla odmiany utwór No Good In Goodbye to propozycja ciepła i rozmarzona. Jeśli dopadła was jesienna chandra, z całą pewnością ta urocza kompilacja doda wam skrzydeł. Znajdziemy tutaj odrobinę ulotnego nucenia na modłę Coldplay i sporo prostych opowieści klawiszowych ślizgających się między durem i molem. Nad całością dominuje nieco rozleniwiony, jakby rozmarzony wokal, który zawsze jest odrobinę spóźniony względem reszty instrumentarium, a w partiach refrenowych odbija od głównego nurtu melodycznego, dzięki czemu całość zyskuje głębię i przestrzeń.
http://www.youtube.com/watch?v=vfahSzwCNHM
Nieco podobny typ muzyczny prezentuje Man On a Wire. Utwór ma dosyć prostą konstrukcję, opierającą się na wybijającej rytm perkusji i wtórującej jej wokalizie, która co prawda stara się oderwać od motywu wiodącego w refrenach, ale prawdopodobnie nie wzlatuje wystarczająco wysoko, bo całość wydaje się być raczej ściągana w dół niż podnoszona.
It’s Not Right For You z kolei to dosyć banalna i mocno odbiegająca od poziomu poprzednich utworów propozycja. Utwór ma trochę tych dziwacznych, monotonnych smaczków rodem z lat 90-tych – jakieś niewyjaśnione, przedłużane zaśpiewki składające się z powtarzania jednej i te samej litery w górę, to znów w dół gamy, innym razem dosyć prymitywne, odtwarzające dość prosty rytm perkusji partie śpiewu. Trochę to wszystko „zbyt boysbandowe”. Bardzo podobną strukturę ma The Energy Never Dies. Co prawda nie jest to kompozycja tak mocno zanurzona w latach 90-tych jak kawałek It’s Not Right For You, ale i tutaj mocno da się wyczuć ten charakterystyczny posmak wokalizy powtarzającej dźwięk w dźwięk motyw wiodący, który również i tutaj nie jest zbyt bogaty i w gruncie rzeczy składa się zaledwie z kilku dźwięków. Kawałek Flares to kolejny powiew „nieświeżości”. Nieco rozmyty wokal, bardzo prymitywne tło klawiszowe i ten charakterystyczny „moment” w refrenie – niby taki symfoniczny i taki przestrzenny ale dobrze wiemy, że chłopaków z The Script stać na znacznie więcej!
Znacznie lepiej prezentuje się na poły akustyczne Army of Angels. Proste, ale przyjemne i wpadające w ucho, partie gitarowe pociągają za sobą łagodnie wijący się gdzieś tuż obok nich wokal. Harmonizują z nimi delikatne, acz dzięki narastającej z każdą kolejną zwrotką ilości dźwięków znacznie bardziej skomplikowane refreny. Podobnie wyglądają utwory – Never Seen Anything Quite Like You i Without Those Songs. Jest spokojnie, harmonijnie, „pościelowo” i bez wariacji. Prosta, oscylująca wokół kilku dźwięków melodia i bardzo grzeczny wokal. Chyba odrobinę zbyt monotonnie…
Paint the Town Green to miła odmianą. Trochę więcej tutaj żywiołowego, w refrenach nawet pokrzykującego wokalu. Również oprawa muzyczna jest znacznie ciekawsza. Co prawda melodia wiodąca nie jest zbyt skomplikowana ale dzięki silnie zrytmizowanej, „marszowej” perkusji i odrywającym się od całości solowym partiom gitarowym kawałek ma szansę zrobić sporą karierę na parkietach.
http://www.youtube.com/watch?v=6R79vzmfDXI
Krążek zamyka przepełniony pozytywną energią utwór Hail Rain Or Sunshine. Muzycy wydają się sporo czerpać z bliskiej im przecież muzyki irlandzkiej, z charakterystycznymi dla niej piszczałkami i dynamicznym, bardzo tanecznym tłem. Utwór, co prawda ma dosyć prostą strukturę melodyczną ale dzięki tym folkowym urozmaiceniom staje się znacznie ciekawszy w odbiorze.
Podsumowując płyta chyba mogła być lepsza, bo muzyków stać na różnorodność form wyrazu i ciekawszy rozkład akcentów, ale z całą pewnością znajdziecie na niej kilka perełek.



