The Script – Freedom Child (2017), recenzja Justyny Rojek

0
206

W swojej twórczości niejednokrotnie udowodnili, że stać ich na wiele. Cztery albumy, sprzedane w ponad 29 milionach kopii, w ciągu 9 lat, to nie przypadek. Konsekwencja działania, ale także skuteczna promocja, zrobiły swoje i w efekcie przyniosły takie hity zespołu jak: We Cry, Breakeven, czy Hall of Fame. I chociaż najczęściej zarzucano im komercyjne płyty dla masowego odbiorcy, to z piątym krążkiem nareszcie sięgają po poważniejszy kaliber. Irlandzkie trio The Script ma nadzieję, że dzięki Freedom Child poczujemy się zjednoczeni w tym tak bardzo podzielonym świecie. Ile w tym przemyślanej kalkulacji, a ile wartościowego przekazu? Przekonajmy się.

Kiedy gitarzysta zespołu Mark Sheehan został zapytany przez swojego ośmioletniego syna – co to jest terroryzm?, znalezienie właściwej odpowiedzi wcale nie okazało się takie proste. Dlatego by nie brzmieć zbyt moralizatorsko pojawił się pomysł na stworzenie Freedom Child – płyty, której głównym przesłaniem będzie wolność wyrażania się. Rób to czego pragniesz, bądź tym kim chcesz być, ubieraj się w to na co masz ochotę i co najważniejsze kochaj tych, których chcesz kochać. W końcu tylko miłością jesteś w stanie przezwyciężyć nienawiść. Lirycznie bez dwóch zdań The Script uderza głębiej, natomiast brzmieniowo próbuje się wpasować w gusta młodszych słuchaczy. Tradycyjnie już dostajemy pop z elementami hip-hop, R&B, a nawet raggae, ale z większą domieszką elektronicznej muzyki tanecznej.

Poszukując na płycie przebojów na miarę Superheroes czy Nothing już na otwarcie dostajemy wzorowo wpisujący się w te schematy No Man is an Island. Piosenka osadzona w klimacie reggae z miejsca uruchamia w nas przysłowiowe tupanie nóżką. Lirycznie zanim przejdziemy do problemów współczesnego świata, najpierw posłuchamy o uczuciach. Jak śpiewa Danny O’Donoghoe w No Man Is An Island człowiek nie jest istotą stworzoną do samotności, a miłość prędzej czy później dopadnie każdego. Równie dobrze prezentuje się taneczny singiel Rain. Żywiołowa oprawa muzyczna pomimo historii o rozstaniu i deszczowego tytułu to zdecydowany cel w letniejsze klimaty. Nawet zaryzykuje twierdzenie, że aspiruje do bycia drugim Despacito. Mocniejsze strony The Script to także ich sprawdzony repertuar pościelowy. Mowa tu chociażby o miłosnej balladzie Arms Open, która jak wyjaśniania Sheehan ma nieść przede wszystkim pozytywny przekaz. Kiedy czujesz, że wszystko czego dotkniesz się psuje, spokojnie możesz się oddać w otwarte (muzyczne) ramiona The Script. Nie wiem czy to zasługa Nasri Atweha, wokalisty zespołu Magic!, który współtworzył tą kompozycję, ale z pewnością czuć tutaj sporo lukru. Spokojnie i bez szaleństw, choć z już z większym nawiązaniem do tematyki bądź tym kim chcesz być prezentuje także kompozycja Make Up. Nie potrzebujesz makijażu żeby zakrywać swoją twarz (…) Jesteś piękny/a – jakbym słyszała Hurts ze swoim niedawnym singlem Beautiful Ones. Wszystko jest niby fajnie, bo zmontowane pod aktualne trendy, ale przewidywalnie aż do bólu. Trochę rozmarzonego śpiewu, trochę rapu, plus obowiązkowo gitara akustyczna w tle i już mamy oklepany hicior.

https://www.youtube.com/watch?v=ZLmk5RZEkTs

Jeżeli w powyższych mniej ambitnych wariacjach muzycznych wiało banałem to w polityczno-społecznych kwestiach zespół niewiele więcej ma do powiedzenia. Divided States of America zainspirowane zeszłorocznymi wyborami prezydenckimi w Ameryce, pokazuje, że wystarczy iskra, aby wyzwolić w ludziach nienawiść. W efekcie coraz bardziej oddalamy się od siebie i tylko jedność może nas uratować. Podobnie w odniesieniu do kwestii terroryzmu na świecie. Jak go zwalczyć? Odpowiedź znajduje się w tytułowej piosence Freedom Child. O’Donoghoe wyśpiewuje: spełniaj marzenia (…), mów prosto z serca (…), poszukuj prawdy (…) kochaj swoje życie (…). Jak przeżywać to o czym śpiewa zespół kiedy jest w tym tak dużo frazesów, a brakuje prawdziwych emocji? I wreszcie na deser Mad Love, czyli kawałek w stylu już gdzieś to słyszałem plus boysbandowe naleciałości. Niestety, ale porównanie dwójki  zakochanych ludzi do rekina i piranii nie pozwala mi traktować tej płyty poważnie.

Muzyka The Script dotychczas kojarzyła mi się z przyzwoitym popem, który choć z oryginalnością nie miał zbyt wiele wspólnego, to rekompensował to idealnie skrojonymi przebojami. Jednak o ile ta praktyka sprawdzała się (z lepszym bądź gorszym skutkiem) przy poprzednich wydawnictwach grupy to już z najnowszym szalę goryczy przelała wiara w stworzenie albumu z przesłaniem. Niestety ważkość tematów na Freedom Child włożona w usta zespołu rozchodzi się niczym beznamiętne slogany. Może i intencje były dobre, szkoda tylko, że nic z nich nie wyszło.