The Rasmus – Dark Matters (2017), recenzja Michała Szuma

Ciemna Materia nie taka ciemna

0
321

Choć styl The Rasmus ewoluował przez lata, to wciąż można w nim znaleźć pewne elementy stałe. Jakkolwiek nie ubrać by tego w słowa, chodzi tu przede wszystkim o swego rodzaju „popowość”, kierującą ich ku muzyce popularnej czy wręcz radiowej. Niewiele w tej materii zmieniło się na nowym krążku grupy, czyli The Dark Matters, gdzie ta przebojowość momentami aż kipi i bucha niczym ta para w Tuwimowskiej lokomotywie.

Tytuł płyty mógłby co prawda na pierwszy rzut oka sugerować jakąś rewolucję czy nie wiadomo jak dużą zmianę, lecz w praktyce już od pierwszych nutek poznajemy, że to fińska grupa rozpoczyna swój marsz ku… no własnie. Pierwsze przesłuchanie od razu wybiło mnie z tropu, gdyż jedyne, co mi po nim zostało, to wrażenie, że płytę pisała grupa jeźdźców bez głowy. Rozumiem, że nie jest to koncept album, ale spójność tej płyty można by porównać do spójności piasku na wietrze. Punktem zaczepienia może być jedynie cała masa wszelakiej elektroniki wkomponowana między żywe instrumenty, no ale to właściwie jedyny wspólny mianownik.

Nie zmienia to jednak faktu, że poszczególne kawałki, choć często oderwane od siebie, brzmią naprawdę dobrze. Mi do gustu przypadły przede wszystkim te momenty, w których wyczuwa się zdecydowaną przewagę gitar tj. w singlowym Wonderman czy Crystalline. Ale nawet tutaj natrafiamy na piosenki z dwóch różnych biegunów: ta pierwsza to zdecydowanie żywsza propozycja, pełna syntetycznej perkusji i energicznego beatu, natomiast ta druga – przesiąknięta jest żywą perkusją, mocnymi gitarami i przenikającym do szpiku kości wokalem.

A skoro o wokalu, to teraz słów parę o nim. To, co pewne, to fakt dopasowania się go do stylistyki całej płyty. Nie da się ukryć, że Dark Matters mimo silnego nawiązania do całej dyskografii, uderzyła nieco w inną stronę i przejawia aspiracje do bycia nieco inną. Wspomniana już elektronika jest nieodłącznym elementem tej odmienności i choć wcześniej ona także występowała, to tutaj jest jej jakby więcej, jest ona nieco mniej dyskretna, a jej przejawy słychać również w głosie Lauriego. Wszak w pewnych momentach został on poddany drobnej modulacji, co mi osobiście bardzo nie odpowiada. Wszelkie ingerencje w aparat wokalisty są dla mnie zbędne, tym bardziej, gdy wokalista samodzielnie radzi sobie świetnie, tak jak ma to miejsce w przypadku lidera The Rasmus. Partie, w których nie słychać zmiany wokalu są zaśpiewane czysto, w miły dla ucha sposób i z adekwatną do piosenki melodyjnością. Ale w tym Lauri zawsze był mistrzem – gdy beat przyspiesza, on idzie z nim pod pachę, natomiast gdy rytm sączy się przez głośniki jak ślimak, on również zwalnia.

Jedyne, co może przeszkadzać na całym albumie, to ta wybijająca się elektronika. I choć często wybija się ona w granicach rozsądku, to bywa i tak, że te granice zostają przekroczone, a wtedy już cały utwór idzie na stracenie, gdyż człowiek się przy nim zwyczajnie męczy. Tak jest w przypadku chociażby Empire czy Nothing, gdzie na pierwsze skrzypce wychodzą dziwne syntetyczne brzmienia, kojarzone raczej z twórczością Skrillexa. I nie chodzi tu bynajmniej o mój stosunek do tego typu muzyki, a raczej o zwyczajne ustawienie poziomów tj. balans pomiędzy tymi wstawkami a całą resztą. Te pierwsze męczą przede wszystkim dlatego, że są po prostu ciut za głośne. Tyle.

Patrząc jednak całościowo na Dark Matters, trzeba przyznać, że jest to solidny kawałek dobrze nagranego materiału. Co prawda moim top wciąż pozostaje krążek Dead Letters, niemniej bardzo miło (poza drobnymi wyjątkami) słuchało mi się najnowszego dzieła The Rasmus, szczególnie gdy oswoiłem się z jego dość chaotycznym układem.