Sześć lat temu jedną z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt był debiut The Pretty Reckless Light Me Up. Promowany takimi utworami jak Make Me Wanna Die czy Just Tonight album był dla mnie wówczas zapisem zupełnie nowych, dotychczas mi obcych dźwięków. Dziś powiedziałabym, że kapela (z Taylor Momsen na wokalu) wprowadziła mnie w świat rockowego grania. Po latach zachwyt nad zespołem osłabł, lecz ze zdwojoną siłą powrócił przy okazji premiery Going to Hell – płyty jeszcze bardziej bezkompromisowej, jeszcze ostrzejszej, jeszcze lepiej wykonanej. Zamiast w tytułowym piekle za każdym razem ląduję w muzycznym niebie. Poprzeczka zawisła więc bardzo wysoko. Czy wrócimy na ziemię?
Na Going to Hell wszystko razem „zagrało”. (Nie zawsze) mocne melodie. Świetne wokale Taylor Momsen, która raz pokazywała nam swoją agresywną twarz, by za chwilę zaśpiewać łagodniej. Teksty, które nie były tak infantylne jak na debiucie, ale odkryły przed nami mroczną duszę ich autorów. Większość nagrań z drugiego wydawnictwa kapeli prowokowała i stawała ością w gardle ludziom wierzącym. Można było o nich dyskutować. Kompozycje z Who You Selling For nie wzniecają już takiego niepokoju i nie sieją zamętu. Jest grzeczniej.
Na samym początku grupa próbuje nam się przypodobać, oferując dwie piosenki w cenie jednej – The Walls Are Closing In / Hangman. Pierwsza z nich jest kilkudziesięciosekundowym, zaaranżowanym na pianino interlude, zdającym się przypominać o fragmencie pamiętnego Bohemian Rhapsody. Zaś druga to stonowany, gitarowy, jedynie poprawny numer, o jakieś dwie minuty za długi. Nieźle wypada dość proste, ale odpowiednio drapieżne i agresywne Oh My God. Utwór mógłby znaleźć się na Going to Hell, co powiedzieć można także o grunge’owym, nieprzesadnie szybkim Living in the Storm.
Bardzo mało jest na Who You Selling For buchających energią kawałków, które mogłyby pozbawić nas resztek sił podczas koncertu The Pretty Reckless. Do takowych (a i tak dość stonowanych i niezbyt głośnych) należą jeszcze Take Me Down, Prisoner, Wild City oraz Mad Love. Pierwszy z utworów naprawdę wpada w ucho, będąc także najbardziej przystępnym i radio friendly numerem na albumie. Dla mnie jest to jednak nudna, wymęczona piosenka o refrenie, na który zabrakło komuś pomysłu. Zarówno Wild City, jak i Mad Love, są powiewem świeżości. W obu kompozycjach zespół połączył rockowe granie z odrobiną funku. Lepiej jednak ten miks wypada w pierwszej propozycji. Wild City to po prostu dobry, świetnie zrealizowany utwór, o którym pamięta się na długo po wyłączeniu albumu. Niezwykły nastrój kawałka tworzą soulowe (!) chórki, a także chwilowe odzywanie się perkusji i gitary, burzących co jakiś czas pozorny spokój piosenki. W nieco gorszym, bardziej młodzieńczym Mad Love grupa idzie dalej, prezentując muzykę do pobujania się, która zerka nie tylko na wspomniany funk, ale i… disco rock. Od początku jestem fanką klasycznego, blues rockowego Prisoner, ujawnionego na jakiś czas przed premierą wydawnictwa i niejako zdradzającego mi, że nie ma powodów do obaw o formę kapeli.
The Pretty Reckless nigdy nie odsuwali od siebie spokojnych melodii. Nigdy też tak chętnie ich nam nie proponowali, choć nowym piosenkom daleko do pełnego uroku, folkowego Waiting for a Friend czy przejmującego House on a Hill. Jedną z lepszych wolniejszych, choć nie balladowych kompozycji jest amerykańskie, oparte m.in. na brzmieniu akustycznej gitary Back to the River, w którym ślad zostawił muzyk Warren Haynes i jego elektryczny strunowy przyjaciel. Warto sięgnąć także po delikatne Bedroom Window, w którym Taylor zabiera nas w myślach na ognisko, siadając obok i wyśpiewując z wyczuciem przy akompaniamencie gitary akustycznej krótką opowieść o braku zrozumienia dla współczesnego świata. Dobre wrażenie robią również wyróżniające się minimalistycznymi podkładami Already Dead (ta chrypa w głosie wokalistki!)i The Devil’s Back. Szczególnie zachwyca drugi utwór, w którym Momsen przyznaje, że zboczyła z kursu i zgubiła własną tożsamość. Ważnym elementem kompozycji jest długi gitarowy popis na tle zepchniętego na drugi plan pianina. Takiej solówki nie dostaliśmy jeszcze w żadnej innej piosence The Pretty Reckless. Najsłabiej w kategorii spokojnych numerów wypada Who You Selling For – ładny, ale nudny. Można się bez niego obejść.
Na trzecim studyjnym krążku amerykańska formacja sprawia wrażenie grupy, która już się wyszalała i zatęskniła za statecznością. Piosenki już nie szokują. Nie czerpią też tylu elementów z hard rocka. Brzmią za to dojrzalej, a ich rockowe, przemyślane aranżacje stawiają The Pretty Reckless na wysokim miejscu spośród wszystkich podobnych zespołów, które pojawiły się na scenie w ostatnich kilku latach. Ja jednak wciąż jestem tą samą dziewuchą, na którą ciągle bardziej działają niepokorne kompozycje pokroju Why’d You Bring a Shotgun to the Party czy Follow Me Down.


https://open.spotify.com/track/0HVj61S4pQJdQhgZP61G65
https://open.spotify.com/track/6Q4p1OBk46GWMfmcvE8sHu
Nowe single od Fergie oraz od Zary Larsson! :D
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.