Keaton Henson – Kindly Now (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

2
195

Keaton Henson to artysta z krwi i kości. Nie bawi się w półśrodki. Wchodzi w sztukę całym sobą. Brytyjczyk jest muzykiem, poetą oraz grafikiem. Ten nieśmiały na co dzień człowiek wyraża siebie poprzez twórczość. Twórczość zdecydowanie niełatwą. Album Kindly Now to kolejna próba jego trudnych zmagań z przeszłością.

Muzyka Hensona to minimalizm w czystej postaci. Nie ma tu produkcji na miarę dzisiejszych czasów, w której wokal, uczucia i emocje często giną przytłoczone przez milion dźwiękowych detali. Na Kindly Now doświadczamy autentycznej muzyki. Obnażonej, szczerej, nagiej. To emocjonalnie brutalny brytyjski indie folk z akustycznymi i alternatywnymi elementami.

Okazuje się, że cisza potrafi krzyczeć. Najnowsze dzieło Brytyjczyka nie narzuca się słuchaczowi, w wielu momentach jest wręcz dźwiękowo nieśmiałe, niehałaśliwe, bardzo prywatne. I to jest jego wielka siła. Ten album jest niczym innym, jak operacją na otwartym sercu. Delikatne i kruche No Witnesses czy niezwykle szczere How Could I Have Known wręcz krzyczą – pomocy! Keaton daje upust swoim emocjom i dzieli się swoją rozpaczą. Mimo że minęły już lata, muzyk wciąż przeżywa oraz próbuje „przetrawić” zawód miłosny z lat młodości. Cała płyta opowiada smutną historię o prawdziwej stracie, która nie mija po kilku tygodniach czy miesiącach. Ona trwa latami i opanowuje człowieka. Miłość to piękna rzecz, ale jednocześnie bardzo tragiczna. To trudne uczucie, od którego często nie da się uwolnić.

Henson nikogo nie udaje. Szczerze śpiewa o codziennych niepokojach czy obawach. W The Pugilist dzieli się ze słuchaczami swoim jednym z największych lęków – nie chce zostać zapomnianym. Pod koniec utworu powtarza przejmującym wokalem kilkanaście razy „Don’t forget me”. Przyznaje, że jest samotny, ale wciąż pełen pomysłów na przyszłość („I still have art in me yet”).

Płyta, mimo że wydaje się spokojna i łagodna, nie jest przyjemnym muzycznym spacerkiem. We wszystkich kompozycjach kryje się głęboka melancholia, nieśmiałość oraz nostalgia. 28-latek wręcz nosi ze sobą serce na dłoni, dzieli się tym, co należy jedynie do niego. Największego tragizmu doświadczymy w utworze Alright, gdzie muzyk z premedytacją uderza w samego siebie i umniejsza swoją wartość. Nadal cierpi po rozstaniu, ale jednocześnie próbuje iść naprzód („Obviously my wounds are open to see, but don’t take them seriously, I’ll be fine”). Chce rozprawić się z przeszłością raz na zawsze, jednocześnie nie wiedząc, co czeka go dalej („Don’t make me go outside, God knows what out there lies, I’m hoping I don’t die after you”).

Ta brutalna szczerość uderza w słuchacza jeszcze mocniej, gdy wsłuchujemy się w przejmujący wokal Brytyjczyka i towarzyszące mu bolesne dźwięki fortepianu. Old Lovers in Dressing Rooms to najprawdopodobniej jeden z najsmutniejszym momentów na całym albumie. Tutaj głos Hensona przesiąknięty jest już tak ogromną ilością smutku, że wydaje Ci się, iż artysta zaraz podda się, rozklei, rozpadnie na malutkie kawałki. Minimalizm, który uderza w duszę i wierci głębokie korytarze.

Słuchając tej płyty, można poczuć, jakby każda emocja Keatona przechodziła jednocześnie na odbiorcę. Prawdziwa fala uderzeniowa. Zaczynasz doświadczać tak wielu różnych doznań, o których nie pomyślałbyś tuż przed włączeniem Kindly Now. Co tu dużo mówić, twórczość Hensona robi ogromne spustoszenie w człowieku.

Najnowszy album Brytyjczyka to dzieło szczególne. Delikatne, kruche, bezpretensjonalne i autentyczne. Bezkompromisowo introspektywne. Dawno nie słyszałem płyty o tak intensywnie emocjonalnym wyrazie. Muzyka tego artysty przenika głęboko wewnątrz słuchacza, bez żadnych przeszkód, łamiąc jakiekolwiek bariery. Historii Brytyjczyka nie słucha się, a doświadcza z każdym kolejnym dźwiękiem. Keaton Henson królem melancholii.

2 KOMENTARZE

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.