The Neighbourhood – Wiped Out! (2015), recenzja Aleksandry Żeleźnik

Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że drugi album studyjny w dyskografii każdego artysty jest bardzo ważny. Historia zna przypadki gdzie następca debiutu przekreślił dobrze zapowiadającą się karierę albo umocnił pozycję wykonawcy na scenie muzycznej. Dlatego drugi krążek jest taki istotny i wyczekiwany. Nikt nie wie czego się spodziewać, ale każdy ma nadzieję na coś dobrego, świeżego. Na coś, co pokaże, że dany artysta nie znalazł się na scenie przez pomyłkę. Tak też było w moim przypadku, gdy czekałam na drugie wydawnictwo amerykańskiej grupy The Neighbourhood. Byłam pełna obaw, ale też i nadziei, która niestety nie pokryła się z rzeczywistym stanem rzeczy.

The Neighbourhood to amerykańska grupa, która powstała w 2011 roku w Kalifornii z inicjatywy Jesse’go Rutherforda. Szerokiej publiczności dała się poznać dzięki hitowi Sweater Weater. To właśnie ten numer pozwolił im osiągnąć dość duży rozgłos. Później przyszedł czas na debiutancki krążek I Love You z 2013 roku. Wydawnictwo to dotarło do piątego miejsca zestawienia US Top Alternative Albums wg magazynu Billboard. To nie koniec pasma sukcesów zespołu z tamtego okresu. Muzycy nagrali także na potrzeby filmu Niesamowity Spider-Man 2 piosenkę zatytułowaną Honest, która została umieszczona na oficjalnej ścieżce dźwiękowej obrazu. W międzyczasie jak to zwykle bywa nagrywali swój drugi album studyjny. Teraz, po dwóch latach prac nad materiałem powracają z nową muzyką.

Wydawnictwo zatytułowane Wiped Out! światło dzienne ujrzało 30 października 2015 roku nakładem wytwórni Sony Music. Jak już we wstępie napisałam wiele zależy od drugiej płyty. Wszystko jednak sprowadza się do oczekiwań fanów, co w przypadku procesu twórczego zespołu The Neighbourhood nie wiem czy było pomocne. Krążek otwiera… 30 sekund ciszy. Na początku pomyślałam, że może z playerem, na którym słuchałam tego „utworu” jest coś nie tak…, ale nie – wszystko się zgadzało. Pierwszy raz spotkałam się z czymś tak można by rzec awangardowym, dziwnym i niespotykanym. Patrząc głębiej ma to jednak sens, bo zobaczcie: na krążku jest 11 utworów. Pierwsza piosenka nosi właśnie tytuł A Moment of Silence, a po co są momenty ciszy? A no po to by minutą ciszy upamiętnić kogoś kto umarł, oddać cześć pamięci poległym, jest również związana z żałobą, refleksją. Idąc dalej: ostatnim kawałkiem zamykającym cały album jest utwór R.I.P 2 My Youth. Rozszerzając skrót R.I.P, czyli Rest In Peace w wolnym tłumaczeniu: Spoczywaj w pokoju. Całość zatacza koło od upamiętniającej młodość ciszy, aż do łzawego, emocjonalnego pożegnania, składając jej hołd. Genialność w swej prostocie.

Wracając do płyty. Po lekkiej konsternacji wywołanej piosenką A Moment of Silence i tym, że miałam wrażenie, że zepsuł mi się streaming stał się cud i po pewnej chwili w głośnikach poleciał numer Prey. Typowy dla twórczości The Neighbourhood sentymentalny początek, który dał nadzieję na genialną resztę. I tak się stało. Refren porusza słuchacza do głębi, a charakterystyczny głos, bez problemów modelowany na różne sposoby przez Jessiego przeszywa jak strzała. Niby ma się wrażenie, że wokalista śpiewa jakby od niechcenia, ale dzięki powtórzeniom tekstu nabiera to pewnego wyrazu. Trzon instrumentalny to gitara i perkusja, które razem tworzą ten magiczny klimat piosenki. Dalej jest zdecydowanie wolniej, jednak nie brakuje silnego przekazu, wręcz wołania! W tej kompozycji słychać autentyczne emocje, które sprawiają, że to jedna z najlepszych propozycji na tej płycie. Brawo Panowie!

Kolejne dwa utwory to Cry Baby oraz tytułowa Wiped Out. No i tu już tak pięknie nie jest. Zdecydowanie brakuje tutaj tego czegoś. W pierwszej króluje perkusja oraz gitara. Zdecydowanie wpada w ucho dzięki charakterystycznemu bitowi. Jest spokojna, wolniejsza od swej poprzedniczki, przez co w drugiej zwrotce zaczyna się już nudzić. Na końcu to głos wysuwa się na pierwszy plan, a dzięki akustycznemu tłu wydaje się rytmiczna i przemyślana… Jednak całościowo jest senna i bez polotu. Mam wrażenie, że zmarnowano tutaj dość dobry potencjał, bo efekt finalny niestety zawodzi. Co do drugiej piosenki Wiped Out… Nie da się jej określić inaczej niż swoistego rodzaju rzeź instrumentalna. Już wyjaśniam. Szybki początek, który w trakcie trwania całego utworu zwalnia by w refrenie zaserwować słuchaczom wstawki gitarowe. I niby wszystko jest w porządku, ale po co tam tak ni z gruchy ni z pietruchy rap? Ten zabieg nie był potrzebny, ale niestety się stał. Na niekorzyść oczywiście, bo bez tego odbiór byłby lepszy. Słowa zawarte w tekście nie są wypowiadane wyraźnie, przez co w pewnej chwili Jessie sprawia wrażenie jakby mamrotał pod nosem. Wiped Out to zdecydowanie psychodeliczny kawałek. Jej długość tj. 6 minut i 15 sekund daje możliwość podzielenia jej na dwie części: tą, o której pisałam kilka linijek wyżej… oraz tą dużo lepszą, bardziej przemyślaną, zgraną, chociaż ubolewam nad faktem, że również bez polotu. Po utworze tytułowym publiczność zazwyczaj spodziewa się tego czegoś. Niestety w tym przypadku tak się nie zdarzyło.

Później mamy istny kosmos. Czysta sinusoida, o jakiej filozofom się nie śniło. Niesamowita kompozycja The Beach, po której leci przeciętne Daddy Issues, a później jest jeszcze gorzej… Baby Came Home 2/Valentines, Greetings from Califournia i okropny utwór Ferrari by pod koniec znów wystrzelić w powietrze z genialnym pierwszym singlem R.I.P 2 My Youth i dobrą kompozycją zatytułowaną Single. Ufff, no to po kolei. Zacznijmy od mocnych punktów, a mianowicie od piosenek The Beach, Single oraz R.I.P 2 My Youth. Są to perełki w całej okazałości. Różnią się od siebie to fakt, jedna jest szybka, druga sentymentalna, trzecia na dodatek chwyta za serce, ale łączy je jedno: przesłanie. To właśnie to sprawia, że słuchacz na dłuższą chwilę zatrzyma się przy tych kompozycjach. Refreny są po prostu magiczne – szybko wpadają w ucho, dwie pierwsze na dodatek mają w sobie trochę melancholii. Na uwagę zasługują również odgłosy, które okazjonalnie możemy usłyszeć w tle. Szum oceanu, fale… cudo. Ale to trzecia pozycja zamyka album i to ona stała się pierwszym singlem. Podejrzewam, że nie przez przypadek. Pogrzebowy początek kończy naszą przygodę z wydawnictwem Wiped Out. To właśnie ten utwór przypomina swoją budową instrumentalną orszak. Jest swoistym zakończeniem historii, jaką zespół opowiadał nam przez całą płytę. Trzeba przyznać, że Panowie z The Neighbourhood wiedzą jak zakończyć krążek z mocnym przytupem. Mimo wielu wad, jakie ma ten album ciągle czułam niedosyt. Niedosyt na dobre kawałki właśnie takie jak te trzy.

Jeśli chodzi o słabe punkty… to zdecydowanie zaliczyć możemy do nich Daddy Issues, Baby Came Home 2/Valentines oraz Greetings from Califournia. Wszystkie są senne, denne, niby chill outowe, ale okropnie usypiają. Niektórzy powiedzą: „No, ale przecież mogą też relaksować słuchacza”. Tak, zgadzam się w stu procentach, ale nie w momencie, kiedy na trackliście są poustawiane jedna po drugiej. Bity w tych utworach są specyficzne, jednak z sekundy na sekundę mam wrażenie, że z tych piosenek uchodzi zwyczajnie życie. Baby Came Home na dodatek trwa ponad sześć minut, a połowa z nich to wstawki instrumentalne…które po pewnym czasie nudzą. No i został jeszcze jeden rodzynek, który zostawiłam specjalnie na koniec. Według mnie największe rozczarowanie całej płyty to właśnie kawałek Ferrari. Zaczyna się szybko, agresywnie, czuć pewnego rodzaju moc, ale do czasu. Do czasu, gdy utwór spowalnia tempo, staje się smętny i niczym się nie różni od wyżej wspomnianych.

Podsumowując, zespół The Neighbourhood zaserwował nam album nierówny. Zabierają słuchacza w podróż przez sinusoidę. Po genialnych utworach, dzięki którym może usłyszeć o nich cały świat, serwują słuchaczom piosenki, które są melodramatyczne, ale smętne zarazem. Teksty zaś to mocna strona tego wydawnictwa. Emocjonalne, ambitne, zawierające w sobie jakieś prawdy, opowiadają nam historię. Oprócz plusów są też minusy, ale tak będzie zawsze. No i co z tego, że cały album zapętlony jest na jednym motywie? No i co z tego, że słuchanie tego albumu w samochodzie podczas jazdy grozi zaśnięciem za kierownicą? No i co z tego, że zespół dorósł, zmienił się, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że trochę dojrzał? Odpowiedź brzmi… nic. The Neighbourhood to grupa, która ma własny styl. Styl, który już na pierwszej płycie prezentował nam ten gorzko słodki odcień smutku muzyki. I tak jest też teraz. Opowiadają nam historię życia tudzież śmierci na swój własny sposób. Oprócz drobnych mankamentów należy pochwalić grupę za świetny dobór singli. Wybrali utwory, które są kwintesencją longplay’u Wiped Out. I choć całość pod względem muzycznym to nie jest to, czego się spodziewałam to te kilka perełek wynagradza mi ten drobny zawód. To właśnie te piosenki sprawiają, że wierzę w to, że Panowie nie pokazali nam wszystkiego, a to wydawnictwo ma nam tylko o nich przypomnieć. I choć zaczęli album ciszą to skończyli go z wielkim hukiem.

Czytaj również