The Lumineers – Cleopatra (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

W muzycznym świecie dobrze znany jest tzw. syndrom drugiej płyty. Decydując się na prawdziwą karierę, prędzej czy później artysta musi podjąć się tego wyzwania. Drugi album zawsze będzie porównywany do debiutu – tym mocniej, jeśli pierwsze dzieło okazało się sukcesem. Tak było w przypadku The Lumineers, których debiutancka płyta solidnie namieszała, zdobywając nominację do Grammy Awards 2013 i pokrywając się platyną na najważniejszych rynkach muzycznych. Zespół powraca po czterech latach z wydawnictwem Cleopatra.

Powiedzieć o muzyce The Lumineers, że jest mi obojętna, byłoby ogromnym kłamstwem. Odkąd po raz pierwszy usłyszałem singlowe Ho Hey, szczególnie gorąco im kibicuję. Z przyjemnością powracam do debiutanckiego krążka, łączącego w sobie lekką odmianę folk rocka z americaną oraz indie rockiem. Zespół urzekł mnie swoim prostym i akustycznym, ale jednocześnie naładowanym emocjonalnie graniem.

Warto poznać ich nowe dzieło. Brzmi lekko i przyjemnie? Pozory. Zapewniam, że poznanie go wymaga większego skupienia oraz czasu. Czteroletnia przerwa dała bandowi dużo pewności siebie. Wyraźnie to słychać. Pomimo tego, że naprawdę lubię ich pierwszy krążek, sporo było tam naiwności czy słodkiego grania. Cleopatra pozostawia wrażenie bardziej przemyślanego, zdyscyplinowanego materiału. The Lumineers subtelnie przechodzą na wyższy poziom, nie porywając się jednak na jakiekolwiek szalone muzyczne eksperymenty. Nie prowokują, a intrygują dojrzałością i skromnością aranżacji.

Najnowszy album przedpremierowo promowały trzy różne kompozycje. Utwór Ophelia nie mógł nie zostać singlem. Takiego folkowego klimatu i melodii nie ma żadna inna piosenka na krążku. Dynamiczna partia fortepianu na długo pozostaje w pamięci, a zaraźliwy refren można nucić bez końca. Świetna propozycja dla starych, jak również nowych fanów zespołu. Tytułowa Cleopatra to już nieco inne brzmienie – więcej tu dźwięków surowej gitary oraz mocnej perkusji. Warto posłuchać jej jednak do końca. Utwór rozwija się niezwykle powoli, intrygująco przyspiesza, aż w końcu wybucha wraz z refrenem w finale. Z Angela jest podobnie. Wpierw zachwyca akustycznym początkiem, następnie atakuje słuchacza chwytliwym klaskaniem, z którego słynie zespół. Prostota dźwięków, jaką oferują Amerykanie naprawdę potrafi zahipnotyzować.

The Lumineers nie spieszą się nigdzie na tym albumie, budują powoli klimat i napięcie. Krążek jest wyraźnie podzielony – dźwiękowo, jak również lirycznie – na dwa rozdziały.

Pierwsza część jest zdecydowanie bardziej porywająca, tempo szybkie i energiczne, a utwory wypełniają tematy miłości, namiętności, tęsknoty, cierpienia. Otwierające album Sleep On The Floor świetnie spełnia swoją rolę, wciąga słuchacza dalej. To zasługa charakterystycznego dźwięku bębna i interesującego wokalu Wesleya Schultza. Wyjątkowym momentem jest także Gun Song – utwór na tyle mocny oraz wyrazisty, że pozostaje w głowie na długo. Intryguje lirycznie. Znakomite folkowe In The Light to blisko cztery minuty czystej beztroski i przyjemności. Bezpretensjonalny kawałek muzyki, przeplatany brzękiem gitary oraz urzekającą partią fortepianu.

Drugą połowę Cleopatra charakteryzuje spokojniejszy ton, więcej tu subtelnych i delikatnych dźwięków. Różnicą jest też warstwa tekstowa – kompozycje są melancholijne, przygnębiające, wdziera się tu nastrój zadumy oraz kontemplacji. My Eyes, Gale Song czy Long Way From Home mogą spokojnie pogrążyć kogoś w smutku. Fortepianowe outro Patience to cicha, nienarzucająca się ostatnia karta standardowej wersji płyty. Efektowne zakończenie, skłaniające do refleksji nad historią opowiedzianą przez zespół.

Album Cleopatra nie ma być w planach rewolucyjnym czy ryzykownym dziełem. To udana kontynuacja ścieżki artystycznej, którą zespół obrał dokładnie cztery lata temu. Solidna praca nad sobą i dojrzałość muzyczna pozwoliły stworzyć Amerykanom krążek lepszy od poprzedniego. Syndrom drugiej płyty ominął The Lumineers szerokim łukiem. Duża ulga, ogromna radość. Robią to, co potrafią najlepiej – dzielą się swoją wrażliwością oraz autentycznością. Nie ma tu miejsca na efekciarskie granie czy radiową przebojowość. Cleopatra to muzyczne puzzle, które chce się układać bez końca.

Czytaj również