The Kooks – Listen (2014), recenzja Joanny Gulewicz

8 września nareszcie ukazał się najnowszy album brytyjskiej britpopowej formacji The Kooks zatytułowany Listen. Fani zespołu musieli niemało się naczekać, bo od daty wydania ostatniego krążka minęły już niemal trzy lata. The Kooks to twór stosunkowo młody. Chłopcy debiutowali dopiero w 2006 roku, lecz debiut był to nie lada, bo ich pierwsza płyta Inside In/Inside Out sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy, dzięki czemu młodziki już u samego progu kariery muzycznej zostały uhonorowane platynową płytą. Co więcej krążek nie schodził z brytyjskiej listy 20 najpopularniejszych albumów przez ponad pół roku! Po tej garsteczce informacji dla nikogo nie będzie zapewne zaskoczeniem, że czwarta już w karierze zespołu płyta Listen znalazła się na 16-tym miejscu brytyjskiej listy UK Albums Chart.

Otwierający album singiel Around Town może wprawić wytrwałych słuchaczy zespołu the Kooks w lekką konsternację. Daleko mu do dawnych buntowniczych i buńczucznych kompozycji formacji jak chociażby Naive. Prosta acz melodyjna konstrukcja w głównej mierze opiera się na rytmizującej roli gospelowego chórku, który dyktuje tempo sekcji instrumentalnej dostrajając także wokal, któremu daleko do młodzieńczej werwy Kooksów sprzed kilku lat a jakby bliżej do grzecznych i opanowanych chłopców z the Beatles. Teledysk natomiast to zupełnie inna historia a krwawa masakra i kryminalne tło obrazu w zestawieniu z uroczymi gospelowymi przyśpiewkami jest niczym zgrzyt po szkle i doskonale wkomponowuje się w buntowniczą wizję the Kooks.

Forgive & Forget – kolejny singiel z płyty to kompozycja żywiołowa i pełna młodzieńczej energii. Wiodącą partię utworu stanowi refrenowe euforyczne i pełne charyzmy wykrzyknienie wokalisty, któremu wtóruje reszta instrumentów. Jak mówi sam wokalista, piosenka opowiada o parze, która rozstaje się w knajpie. Teledysk podobnie jak teledyski większości zespołów rockowych skupia się na pokazaniu muzyków w akcji.

Dla odmiany kawałek West Side jest kompilacją kołyszącą i spokojną. Główny filar utworu opiera się w dużej mierze na akustycznych partiach gitarowych w asyście melodyjnego wokalu, a całości dopełniają synthpopowe wstawki w refrenach. Jeśli wierzyć świadectwu Pritcharda piosenka opowiada o dwójce znajomych, którzy się pobrali.

See Me Now to muzyczny list do ojca frontmana, który odszedł gdy Pritchard był dzieckiem. Urocza, acz ckliwa ballada została podszyta sporą dawką partii klawiszowych, dzięki czemu całość nabrała pewnego rodzaju melancholijności i stała się lżejsza.

Z kolei w It Was London muzycy wracają do korzeni. Brudne, niby niedostrojone i silnie zrytmizowane gitary, mocna perkusja i ten charakterystyczny na poły nonszalancki na poły kapryśny wokal – oto właśnie kwintesencja brytjskich młodzieniaszków.
Również Bad Habit to silnie zrytmizowana, charyzmatyczna i „grymaśna” kompozycja. Na prowadzeniu mamy perkusję i gitary, które bardzo mocno wybijają tempo wtórującemu im brudnemu i przesyconemu manierą wokalowi.

Wydany jeszcze w kwietniu singiel Down to propozycja zupełnie innowacyjna i nieoczekiwana. Kawałek zadebiutował na brytyjskiej liście „UK Singles Chart” na pozycji 40-tej i wydaje się, że całkowicie odbiega od dotychczasowej twórczości the Kooks. Specyficzny klimat muzyczny utwór zawdzięcza niezwykłej mieszance z pogranicza rock’n’rolla, boogie i hip-hopu okraszonej silnie zrytmizowanym wokalem. Całość robi wrażenie niezwykle tanecznej, na poły etnicznej i dziwacznej wyliczanki. Z całą pewnością nie bez znaczenia dla utworu była współpraca z Inflo – prducentem RnB i hip-hopu.

Jeszcze inny klimat panuje w Dreams. Zespół w swojej muzycznej zabawie konwencją sięga po coraz to kolejne odmiany gatunkowe, by z każdej z nich móc coś wyciągnąć i dostroić dla własnych potrzeb. Tym razem muzycy oscylują wokół twórczości the Beatles, choć słychać również wpływy Simona & Garfunkela a nawet szczyptę południowych rytmów flamenco. Sunrise to również kompozycja eksperymentalna, oparta w głównej mierze na naśladującej rytmikę hiszpańskiego flamenco gitarze.

Niespodzianką będzie zapewne również mocno stechnicyzowany kawałek Are We Electric. Mniej tu klasycznego dla Kooksów instrumentarium i tego specyficznego „grymaśnego” wokalu, więcej natomiast synthpopu i silącej się na wysokie rejestry wokalizy, której bliżej do Michaela Jacksona czy przyśpiewek boysbandów z lat 90-tych, niż do niegrzecznych brytyjskich gwiazdeczek.

No i nareszcie Sweet Emotion. Britpopowa gnuśność z figlarną, szaloną gitarą i niewielką domieszką jazzujących klawiszy.

Podsumowując płyta całkiem ciekawa choć mocno eksperymentująca a w związku z tym będąca na pewno sporym wyzwaniem dla wiernej gwardii zespołu.

the kooks

Czytaj również