Dobry album jest jak dobry film: musi mieć coś, co przyciągnie Twoją uwagę. Najprostszym sposobem jest oczywiście gwiazdorska obsada czy też mający już jakąś renomę w branży reżyser. W „55” reżyserem jest amerykański duet muzyki elektronicznej The Knocks, a aktorami są tacy artyści jak X Ambassadors, WALK THE MOON, Carly Rae Jepsen, Wyclef Jean oraz Fetty Wap. Czy ich wspólne dzieło zasługuje na uznanie?
Z filmami podobnie jak z albumami bywa różnie: czasami po seansie jesteśmy bardzo zadowoleni, lecz zdarza się też, że jesteśmy zażenowani i rozczarowani. Ostatnimi czasy byłam na jednej polskiej komedii, gdzie występują artyści związani przeważnie z branżą serialową. Wyjątkiem była jedna aktorka, która rzadko pojawia się na jakimkolwiek ekranie i właśnie ten argument zadecydował, bym poszła do kina.
Zostawmy jednak świat filmu. Nieprzypadkowo odnoszę się właśnie do niego, gdyż The Knocks stara się podążać drogą wyznaczoną przez Disclosure, Timbalanda czy Davida Guetty. Ten amerykański duet, podobnie jak wymieniona trójka chce mieć ciastko i zjeść ciastko: tworzyć coś własnego, niekonwencjonalnego, a zarazem komercyjnego, by coraz więcej osób chciało po takie coś sięgnąć. Sztuka ta udaje się nielicznym, przez co nieznanymi szerszej publiczności są albo Ci, którzy są piekielnie zdolni w tym kierunku i brakuje im „tego czegoś”, albo są beztalenciami. Ta druga grupa ma jednak o wiele więcej szczęścia, gdyż dzięki technologii i kreatywności innych osób można stworzyć product placement. No, wiecie o co mi chodzi…
Albumu 55 nie da się jednak w kilku słowach określić, sprecyzować i wsadzić do jednej gatunkowej szufladki. Już sam dobór gości, kompletowany przez kilka poprzednich lat sugeruje, że będziemy mieli tutaj do czynienia z tak zwanym misz maszem. Błądząca ostatnimi czasy w latach 80’s Carly Rae Jepsen, indie rockowi WALK THE MOON, X Ambassadors czy związany na co dzień ze sceną klubową Matthew Koma bądź też mający w tej chwili wielkie parcie na szkło Fetty Wap oraz debiutująca z serialu Glee Alex Newell… Cóż, ten zestaw z osobna brzmi interesująco, lecz razem z bądź co bądź debiutującymi z The Knocks jest wielkim znakiem zapytania.
Jak to przy tego typu „składankach” bywa, jedne rzeczy wychodzą lepiej, a inne gorzej. W ogólnym rozrachunku jednak każdy znajdzie coś dla siebie. Jedną z wad 55, jest ilość utworów. Mamy ich tutaj 15, w tym Classic w dwóch wersjach. Jedna z nich została wzbogacona o tak zwane zajawki Fetty’ego Wapa. Efektem tego jest to, że przy słabszych utworach słuchanie całokształtu krążka powoduje znużenie. O poczuciu nudy i marnowania czasu nie wspomnę.
Wspomniane przeze mnie Classic samo w sobie jest bardzo dobrą propozycją radiową. Momentami brzmi to jak kolejny featuring francuskiego duetu Daft Punk. Wokal udzielającej się tam Powers jest zdecydowanie na plus, gdyż cały numer nabiera specyficznego, lecz oryginalnego kolorytu. Następnym utworem, który zasługuje na szerszą uwagę jest I Wish (My Taylor Swift). Powodem zainteresowania mógłby być też podtytuł, lecz zawartość też jest dość ciekawa. Matthew Koma śpiewa trochę tak „od niechcenia”, co doskonale dopełnia ten house’owy numer. Odrobinę magii przynosi nam również Alex Newell. Odkrycie, będące towarem eksportowym z Glee dopiero niedawno wydała swoją debiutancką EPkę, prezentującą swoje umiejętności. Artystka pokazuje je również w funkowym kawałku Collect My Love, w którym z kolei mocno nasuwa mi się muzyczne skojarzenie z September od Earth, Wind & Fire.
W klubowym na pozór Tied To You, dzięki osobie Justina Trantera, wokalisty Semi Precious Weapons przypomniałam sobie o istnieniu Nate Ruessa i chwilami zastanawiałam się, jak brzmiałby We Are Young w takiej wersji, z wplecionymi elementami rodem z karnawału w Rio de Janeiro. Carly Rae Jepsen na nowo definiuje muzykę lat 80. w swoim Emotion. Część z tego artystka przemyciła w kawałku Love Me Like That i muszę stwierdzić, że efekt końcowy współpracy kanadyjskiej wokalistki z amerykańskimi panami wyszedł wręcz znakomicie. Czyli jednak można. Całkowite zaskoczenie jednak ogarnęło mnie, gdy usłyszałam Purple Eyes. Ta podkręcona ciut kołysanka plus głos Phoebe Ryan… Miód na moje serducho i kolejna pozycja, gdzie z przyjemnością naciskam „replay”.
Lista gości (w tym moje ukochane X Ambassadors czy WALK THE MOON) jest dość długa i zajmuje zdecydowaną większość albumu. W mojej głowie pojawiło się więc pytanie, czy udział innych artystów był potrzebny, a przede wszystkim jak panowie poradziliby sobie bez udziału gości? Odpowiedzią na te wątpliwości są Time, The Key oraz mój faworyt Dancing With Myself. Efekt tajemniczości i pewnej sensualności sprawił, że z zaciekawieniem posłuchałam wspomnianą piosenkę do końca. Uwaga, bo podobnie jak Classic jest bardzo chwytliwe i wciągające!
Niestety, są też utwory, które niezbyt przypadły mi do gustu. Wielkim nieporozumieniem jest dla mnie numer New York City nagrany z Cam’Ronem. Oczywiście, lubię słuchać od czasu do czasu hip-hopowe numery, lecz one powinny mieć jeszcze coś, co sprawiłoby, że również będę czuła ten flow. Na moje nieszczęście, tak się nie stało i z poczuciem zniecierpliwienia (w stylu nie chcę, ale muszę przesłuchać) i lekkiej irytacji oczekiwałam na zakończenie tegoż numeru. Nie porwał mnie też Kopciuszek w wykonaniu Magic Mana. Miała to być kolejna udana podróż w czasie, jednakże gwizdy (ja wiem – miał być odpowiedni klimat…) plus głos faceta, który brzmi tak beznadziejnie jak Adam Young z Owl City zmotywowały mnie – skutecznie! – do dalszej podróży po albumie, z pominięciem wspominanego właśnie Cinderella.
Lubię sięgać po dość interesujące zjawiska muzyczne. Przed panami z The Knocks jeszcze długa droga. Zdaję sobie sprawę, że namawianie tak licznych gości plus nagrywanie wspólnego dzieła w postaci utworów jest czasochłonne, a efekty albo są zadowalające, bądź też rozczarowujące. Amerykański duet, rzecz jasna jest zadowolony z całości brzmienia 55. Weryfikację tego wszystkiego pozostawia się jednak nam, słuchaczom i to my w pewnym sensie decydujemy o tym, komu dać szansę na rozwój tak, by wytwórnia chciała wydawać kolejne płyty. Wiadomo, jest hype, są pieniądze i biznes się kręci. Mam jednak wrażenie, że The Knocks przez te wszystkie lata robił te piosenki z dużym zaangażowaniem i wielką pasją. Tych dwóch rzeczy nie da się niestety kupić, z tymi rzeczami my obcujemy. A że my jesteśmy dość różni, te dwa czynniki charakteryzujące good job w świecie komercji staje się serią limitowaną. Jeżeli jednak chodzi o moje odczucia, to daję temu duetowi kredyt zaufania. Mam nadzieję, że w przyszłości go nie zmarnują i wrócą do nas z kolejną dawką dobrej muzyki.


