The Killers – Wonderful Wonderful (2017), recenzja Justyny Rojek

0
350

Panowie z The Killers stanęli przed niemałym wyzwaniem – jak powtórzyć sukces sprzed trzynastu lat? Przekuć ostatnie płytowe porażki w zwycięstwo i w końcu określić swoją pozycję na muzycznym grajdołku. Sporo oczekiwań, ale sami są sobie winni. Dwa pierwsze single z najnowszego wydawnictwa Wonderful Wonderful nareszcie przypominają o potencjale tkwiącym w zespole. A szkoda by było się rozczarować …

W poszukiwaniu tytułu albumu przenosimy się na pustynne obszary, na których Brandon Flowers obserwuje nadciągającą burzę. Zjawisko na tyle fascynujące, że znajduje swoje odzwierciedlenie w słowach Wonderful Wonderful. Jednak zanurzając się w rewiry tekstowe całego krążka na myśl przychodzą inne skojarzenia – czyżby zespół dojrzał? Po raz ostatni zdarzyło im się to na debiutanckim albumie Hot Fuss, a teraz potwierdza to również wypowiedź piosenkarza: Przeglądam się w lustrze i skupiam większym stopniu na moich osobistych doświadczeniach, (…) to coś zupełnie nowego dla mnie, bo odsłaniam się bardziej niż zwykle.

Dopełnienie tych słów stanowi dobór producenta. Często nietrafiony jak chociażby w postaci Stuarta Price’a na trzecim albumie Day & Age, tym razem pada na nie mniej doświadczonego Jacknife Lee (U2, R.E.M., Bloc Party). Producent dostaje trudne zadanie pomocy zespołowi w stworzeniu płyty szczerej i pełnej pasji, ale różniącej się od swoich poprzedniczek. Brzmienie staje się więc bardziej eksperymentalne i co najbardziej zaskakuje piosenki są utrzymane w wolniejszym niż zwykle tempie. Ale do rzeczy.

Myślę, że większości z nas The Killers narobili smaka nowymi brawurowymi singlami. The Man o zadufanej wersji Brandona z czasów debiutanckiego Hot Fuss, zapewnił formacji jeden z lepszych powrotów tego roku. Piosenka z muzycznymi zapożyczeniami z Fame Davida Bowiego oraz Spirit of the Boogie zespołu Kool and the Gang nasączona większą niż zwykle ilością funky-disco z pewnością sprowadza grupę na dobre tory. Dalej apetyt zaostrza się tylko bardziej. Absolutnie genialny Run For Cover powstał jeszcze za czasów trzeciego albumu Day & Age, jednak niedokończona druga zwrotka sprawiła, że wylądował w szufladzie. Czekał długo i się doczekał. Mamy 2017 i właśnie ta kompozycja stanowi wizytówkę ich najnowszego dzieła. Jako jedyna w pełni wydobywa esencję The Killers. Energiczna, taneczna z gorączkową gitarą i potężnymi refrenami, po prostu została stworzona do odśpiewania przez wielotysięczne tłumy. Dla odmiany, trzeci tytułowy singiel Wonderful Wonderful wprowadzi nas w najbardziej niespotykane i nieprzystępne tony piątego wydawnictwa. Zniekształcona perkusja, złowrogie i nieukierunkowane brzmienie, nie do końca mnie przekonują, ale przecież zespół nareszcie zmierza w nowe terytoria. A te w obliczu niesamowicie przeciętnych piosenek z chociażby ostatniego Battle Born sprawdzają się o niebo lepiej.

Jak to bywa z The Killers i tym razem nie generują dużej ilości hitów na dany krążek. Oczywiście są tutaj kompozycje aspirujące do bycia przebojami, ale jeśli wydaje się takie petardy jak The Man i Run For Cover to już pasuje trzymać się tego poziomu. Dlatego poczujemy się tylko przyjemnie słuchając synth-popowego Tyson vs Douglas. Piosenka o tym, że również najwięksi upadają, w rzeczywistości oznacza obawy Flowersa, że kiedyś sam mógłby zawieść swoją rodzinę. Łatwo też zawiesić ucho na niezobowiązującym Out Of My Mind, w którym piosenkarz adoruje swoją żonę i przy okazji przechwala się znajomością z McCartneyem i Springsteenem. Z kategorii ballady dostaniemy eteryczne Some Kind Of Love z motywem zapożyczonym z piosenki An Ending (Ascent) Briana Eno oraz Have All The Songs Been Written z gościnnym udziałem Marka Knopflera. O ile pierwszy utwór skutecznie działa na emocje najpiękniejszym momentem na płycie – dzieci Flowersa śpiewają o wsparciu dla swojej mamy, o tyle w drugim, cały urok skradły bluesowe zagrywki Knopflera. Z pewnością będzie to dobra okazja, aby zapalić światełko na koncercie The Killers.

Mam wrażenie, że z albumem Wonderful Wonderful Amerykanie znaleźli się na rozdrożu. W końcu podciągnęli na przebojowości swoich piosenek, stali się dojrzalsi i trochę poeksperymentowali. Jednak o czymś zapomnieli! Ten krążek miał być odkupieniem grzechów za niesławny Battle Born. A tak mamy tylko przyznanie się do winy.