Nostalgiczna podróż Brandona do Nephi. The Killers – Pressure Machine, 2021 (recenzja)

Inne recenzje

Brandon Flowers i jego koledzy z zespołu The Killers, wciąż nie przestają zaskakiwać swoich fanów. Właśnie ukazał się ich siódmy album studyjny. Warto pokreślić, że jest do już drugi krążek chłopaków na przestrzeni roku. W dodatku, gitarzysta grupy Dave Keuning, kilka tygodni wcześniej, zapowiedział, że trwają już pracę nad ósmą płytą. Można rzec – istny obłęd i nie lada gratka dla fanów. Ale czy taka intensywność w wydawaniu płyt okaże się sukcesem i wyjdzie grupie na dobre? Zatem przekonajmy się, co tym razem dla nas przygotowali, a jest to materiał dość ciekawy, odbiegający od materiału z płyty Imploding Mirage, którą wznieśli się na wyżyny.

Ubiegłoroczny lockdown dotknął wszystkich na całym świecie, artystów także. The Killers mieli w planach letnią trasę koncertową, promującą Imploding Mirage, jednak wszystko musiało zostać przeorganizowane. W dodatku, żaden z utworów z tamtej płyty nie został wykonany na żywo! Ten czas, podobnie jak w przypadku wielu muzyków, artystów, zmusił ich do zatrzymania się, przemyśleń, obmyślenia nowego planu działania. Był to także czas do inspiracji, tak było w przypadku Flowersa i jego kolegów.

Początkowo zespół rozważał wykorzystanie niektórych utworów z poprzedniej płyty, do rozpoczęcia nowego albumu. Ostatecznie jednak odeszli od tego pomysłu, a inspiracją stało się dzieciństwo Brandona, wokół którego jest cała koncepcja materiału. Wszystkie teksty zostały napisane przez Flowersa zanim powstały do nich melodie i tak oto powstało 11 sentymentalnych kompozycji.

Otwierające płytę West Hills, opowia historię uzależnionego od narkotyków. Ma to związek z epidemią opioidów, która wydarzyła się w rodzinnym miasteczku wokalisty Nephi, w stanie Utah. Na początku możemy usłyszeć komentarze mieszkańców miasteczka, jest to bardzo ciekawy element, który pojawia się w kilku utworach. Muzycznie odbiega zdecydowanie od brzmienia, do którego przywykliśmy słuchając Killersów. Aczkolwiek, momentami nie brakuje tego rockowego pazura. W tym wypadku, jednak muzycy postawili na delikatne brzmienia, instrumenty smyczkowe, przeplatające się z mocniejszymi i wyraźniejszymi refrenami. Quiet Town to rozważania nad losem pary nastolatków Tiffany JaNae Taylor oraz Raymondem Leo Newtonem, którzy zginęli w 1994, w wypadku na przejeździe kolejowym z pociągiem Union Pacific, mieli wtedy po 17 lat. Podczas pisania tego utworu, do Brandona powróciły bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Mimo, że nie był z nimi zżyty, to znał ich ze szkoły. Jedno z nich widział nawet rankiem tego feralnego dnia. Od strony muzycznej, bardzo fajny zabieg. Przygnębiający tekst, jednak linia melodyczna oparta jest na radosnym brzmieniu.

Z kolei np. Terrible Things zostało napisane z perspektywy nastolatka, który jest gejem i rozważa samobójstwo. Teraz, z perspektywy czasu, mówiąc o tym utworze Flowers wspomina, że było wiele dzieciaków, z którymi się zadawał, a nie wiedział przez wiele lat, że mają inną orientację. Dodając, że musiało być to dla nich bardzo trudne. Melodia idealnie wkomponowuje się w trudny i ponury klimat tekstu. Delikatna gitara, do tego harmonijka ustna, idealne i smętne połączenie, oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Cody, to świetny brzmieniowo akustyczny utwór. Na pierwszy plan wybija się linia basowa i alternatywne brzmienie gitary w refrenach. Momentami, można odnieść, że jesteśmy muzycznie w klimatach country, z domieszką żywszego grania. Na plus soczyste solo gitary! Z kolei Sleepwalker to równie dobra kompozycja, tym razem w klimacie indie, przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczony.

Przy współpracy nad Runway Horses, muzycy zaprosili do współpracy Pheobe Bridgers, która użyczyła swojego głosu. Częściową inspiracją przy jego pisaniu, był cover wielkiego hitu grupy – Human, który nagrała kiedyś Pheobe w 2019 roku. Kolejna nostalgiczna i delikatna kompozycja. Podobają mi się te zmiany brzmienia i klimatu między utworami. To trochę takie granie na emocjach słuchacza, a jednocześnie nie wiemy czego się spodziewać. Raz żywsza kompozycja, później smutna i sentymentalna, a za moment mamy ponury tekst utworu, jednak okraszony radosną melodią – majstersztyk! In The Car Outside to zdecydowanie brzmienie Killersów, jednak takie, nazwijmy to na pół gwizdka jeśli chodzi o moc. To jest właśnie to, o czym wspomniałem przed momentem. Kolejne utwory to równie dynamiczne In Another Life, grane jakby na slow motion Desperate Things, aż do tytułowego Pressure Machine. Poprzedza go oczywiście krótka opowieść tym razem jednej z mieszkanek miasteczka. Tym razem, ponownie pojawiły się instrumenty smyczkowe, które muzycy chyba sobie upodobali tworząc melodie na album. Wokalnie bardzo wysoki poziom, fajne i bardzo wysublimowane falsety Flowersa w refrenach. Całość zamyka Getting By.

Przyznam się, że zasiadając do odsłuchu i recenzji Pressure Machine nie miałem zupełnie żadnych oczekiwań. Nie wiedziałem także, czego się mogę spodziewać, jedno było pewne – to może być coś mocnego. Wystarczy spojrzeć na okładkę krążka, która zwiastuje mroczny materiał. Być może i jest mroczny. Opowiada przecież, o szarej i ponurej rzeczywistości mieszkańców małego, 5 tysięcznego miasteczka, gdzie wszyscy dobrze się znają i są ze sobą zżyci. Utwory zawarte na nim, mówią przecież o lokalnych tragediach, bitwach z trudnościami losu, problemach z narkotykami, które dotknęły nie tylko Nephi, ale i wiele innych amerykańskich miasteczek. Od strony muzycznej moje uszy zostały zaspokojone. Jak już wyżej wspominałem, bardzo podoba mi się takie granie na emocjach słuchacza, przeplatanie dynamiki utworów, a także mieszanie stylami. Robiąc research, widziałem porównania tego albumu do Folklore od Taylor Swift. Myślę, że nietrudno się z tym nie zgodzić. Zarówno Taylor, jak i The Killers mieli w planach wielkie trasy koncertowe, a zostali zmuszeni do zatrzymania się i przemyśleń. Przemyśleń, dzięki którym powstały dwa znakomite albumy, odbiegające od tego co nas obecnie otacza w muzycznym świecie. Mam tu na myśli popową papkę, teksty o niczym, wszystko na jedno kopyto, aby tylko coś wydać i skosić trochę siana. Tutaj mamy do czynienia z głębszym przekazem, pochyleniem się nad problemami i to jest właśnie to, czego nam czasem potrzeba. Nawet jeśli jest to melancholijne, z nielicznymi odstępstwami, w postaci kilku żywszych kompozycji. Dlatego z czystym sumieniem zachęcam Was drodzy czytelnicy, do zapoznania się z najnowszym krążkiem The Killers, nawet jeśli nie jesteście ich fanami. Myślę,że nie pożałujecie tych 50 minut poświęconych w jeden z wieczorów, by oddać się muzycznej uczcie!

The Killers - Pressure Machine
  • Data premiery: 13 08 2021
  • Single:
Najlepsze utwory: Cody, Quiet Town
Najsłabsze utwory: Desperate Things, Getting By


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Sebastian Torbicz
Sebastian Torbicz
Muzykolog, absolwent KULu w Lublinie. W wolnych chwilach lubi słuchać Bon Jovi, Delty Goodrem, muzyki francuskiej i wielu innych artystów. Ulubione gatunki to rock i pop. Otwarty na poszukiwanie i odkrywanie nowości w muzycznym świecie. Prywatnie muzyk samouk.

Czytaj również

Brandon Flowers i jego koledzy z zespołu The Killers, wciąż nie przestają zaskakiwać swoich fanów. Właśnie ukazał się ich siódmy album studyjny. Warto pokreślić, że jest do już drugi krążek chłopaków na przestrzeni roku. W dodatku, gitarzysta grupy Dave Keuning, kilka tygodni wcześniej, zapowiedział,...Nostalgiczna podróż Brandona do Nephi. The Killers - Pressure Machine, 2021 (recenzja)