Lady Gaga – The Fame Monster (2009), recenzja Łukasza Mantiuk

Krążek ten był czymś nowym. Gaga postanowiła „rozszerzyć” swój podstawowy krążek – The Fame – o nowy dysk i tak powstała Deluxe Edition wersja tamtego albumu, ale jednocześnie samo The Fame Monster również można było zakupić. I w tym fakcie inne gwiazdy też zaczęły ją naśladować…

Usher wydał Versus, Ke$ha Cannibal, Lana del Rey Paradise… generalnie coś, co jednak zapoczątkowała Gaga później stało się popularne. Przechodząc jednak do albumu. Jest to bardziej odważna i ostrzejsza wersja The Fame. Gaga już osiągnęła sporo, więc mogła sobie pozwolić na nagranie tego, na co ma ochotę. Po raz kolejny zatrudniła wszystkich topowych producentów z Red One’em na czele, a nawet – i to jest największy plus albumu – nagrała duet z Beyonce.

Każdy utwór ma coś w sobie, każdy jest inny. Najbardziej hitowy, najbardziej radiowy jest właśnie Bad Romance i bez powodu został wydany jako pierwszy singiel. Jest to utwór dobry, taki typowy radiowy odmóżdżacz. Posłuchać można, ale nie jest to jakaś wielka, ponadczasowa kompozycja. Podobnie można powiedzieć o każdym utworze na tym krążku, ale chyba i o całej twórczości Lady Gagi. Jej muzyka jest rozrywkowa, popowa i prosta (nie mylić z prostacka).

Zdecydowanie do moich ulubionych kawałków na krążku należą Telephone z Beyonce, dynamiczne i zadziorne Teeth, lekko mroczne (jak na Gagę) Dance in the Dark i w końcu  z pewnymi elementami muzyki latino – Alejandro. Nie zapominam oczywiście o Bad Romance, tak często to dało się w swoim czasie usłyszeć, że nie dało się też tego nie polubić.

Kompletnie nie podobają mi się utwory Monster i So Happy I Could Die. Są niejakie i wyglądają mi tutaj jakby wrzucone na wypełnienie EP-ki. Różnica między nimi, a wspomnianymi kawałkami wyżej jest kolosalna. I czepiam się tutaj głównie wartsty melodyjnej i producenckiej.

W warstwie tekstowej, Lady Gaga śpiewa o pierdołach. Dosłownie o pierdołach, a tutaj o złym romansie, a tutaj o potworach czy pokazywaniu zębów. Oczywiście, jej fani (Little Monsters) traktują to wielce metaforycznie i tak dalej, doszukują się tam nie wiadomo czego, dla mnie to są po prostu puste teksty, muzyka wpadająca (albo nie) w ucho. Album jest fajny, do posłuchania, ale nie do zastanawiania się nad nim. Jest to jej ostatni album, o którym można powiedzieć „w miarę ludzki”, potem czytaj: Born This Way, totalnie jej odwaliło. Ale o tym w kolejnej recenzji. :)

Lady-Gaga-The-Fame-Monster

Czytaj również