Wielkie poruszenie na światowej scenie. The Cure – Songs Of A Lost World, 2024 (recenzja)

Inne recenzje

Długo wyczekiwany powrót ikony rocka i jeden z najbardziej emocjonalnych momentów na muzycznej scenie tego roku. Po szesnastu latach od ostatniego studyjnego albumu brytyjska legenda, The Cure, powraca z płytą Songs of a Lost World. Jest to dzieło, które wydaje się być przeniesione z innej epoki – głęboka podróż w mrok, pełna melancholii, smutku i refleksji nad przemijaniem.

Nowa płyta odzwierciedla bolesne przeżycia frontmana zespołu, Roberta Smitha, który w ostatnich latach pożegnał swoich rodziców oraz brata, co nadało albumowi osobisty i przejmujący charakter. Premiera zaplanowana była symbolicznie na 1 listopada – dzień szczególny, w którym wspomnienia i czas nabierają wyjątkowej głębi.

Już pierwszy utwór – Alone, otwierający płytę i pełniący rolę niekonwencjonalnego singla, przypomina słuchaczom, co The Cure robią najlepiej: tworzą dźwiękowe pejzaże, w których każda nuta wydaje się prowadzić wprost do krainy zagubionych wspomnień. Choć trwa blisko siedem minut, głos Smitha pojawia się dopiero po dłuższym wprowadzeniu, jakby czekał na odpowiedni moment, by zwrócić się do słuchacza słowami: This is the end of every song that we sing. To melancholijne wprowadzenie rozlewa się w klawiszach i pulsującej sekcji rytmicznej, budując doświadczenie wręcz hipnotyczne, pełne emocji. Czułem, jakbym przemierzał kosmos. I co jest bardzo ważne – zespół znów postawił na bas i perkusję, co ostatecznie wyszło bardzo dobrze.

The Cure – Alone

Drugim numerem, który zespół pokazał przed premierą, był A Fragile Thing. Utwór, który już po pierwszych dźwiękach pozwala słuchaczowi odkryć, z jakim zespołem mamy do czynienia. Mimo że brzmi jak wiele wcześniejszych dokonań zespołu, cieszy tak samo i pozwala odkrywać ich na nowo. Zawsze dobrze posłuchać charakterystycznego basu w wykonaniu Simona Gallupa – człowieka, który zdecydowanie swoją grą na gitarze basowej dołożył cegiełkę w budowę historii Cure’owego brzmienia.

To pierwszy album, na którym występuje Reeves Gabrels, gitarzysta współpracujący niegdyś z Davidem Bowiem, co wprowadziło do składu zespołu powiew świeżości. Po latach powrócił również klawiszowiec Roger O’Donnell, co ponownie poszerzyło muzyczne horyzonty The Cure. To pierwszy album w całości skomponowany przez Smitha od czasu The Head on the Door z 1985 roku; a produkcji Smith podjął się wraz z Paulem Corkettem. Materiał nagrano w walijskim Rockfield Studios, co dodało brzmieniu surowości i autentyzmu.

Klimat albumu wydaje się idealnie dopasowany do daty jego premiery – 1 listopada, kiedy refleksje nad czasem i przemijaniem naturalnie pojawiają się w naszej świadomości. Ten kontekst dodatkowo wzmacnia emocje płynące z utworu I Can Never Say Goodbye – przejmującej elegii dla zmarłego brata Smitha. 

Something wicked this way comes
To steal away my brother’s life 

Te słowa niosą ciężar osobistej straty, a padające na końcu deszcz i słyszalne grzmoty, zamykające utwór, podkreślają uczucia z jakimi artysta zmaga się w obliczu straty.

Płytę zamyka Endsong i chyba lepiej nie mogli wybrać nazwy dla tego numeru. 

It’s all gone 
It’s all gone
Nothing left of all I loved
(…)
No hopes no dreams no world
No… I don’t belong
No… I don’t belong here any more

Może na pierwszy rzut oka wydaje się, że Smith po prostu nie miał pomysłu na tytuł, jednak po przesłuchaniu albumu nie mogło być inaczej. Co prawda w pierwszych sekundach poczułem silną inspirację Atmosphere Joy Division, ale po chwili znów miałem wrażenie, jakbym przemierzał kosmos wraz z the Cure. Narastający klimat ze wspaniałą gitarą solową na końcu pięknie budują napięcie.

The Cure – Endsong

Kosmos. Taki właśnie jest dla mnie ten album. Jakby była to eksploracja galaktyki. Być może Reeves Gabrels, tworząc z „Starmanem” tak wspaniałą muzykę, przesiąknął nieco tą kosmiczną boskością. Nowy album, choć spowity mrokiem, jest zarazem dowodem na siłę, z jaką The Cure od lat eksplorują tematy miłości, straty i upływającego czasu. Ich wierność własnym artystycznym korzeniom oraz jednoczesna zdolność do świeżego wyrazu sprawiają, że Songs of a Lost World można uznać za jedną z ich najbardziej przejmujących płyt.

Jest jeszcze jedna rzecz, która zwróciła moją uwagę. Patrząc na premierowy występ zespołu w BBC Radio 2, trudno było nie dostrzec pewnej nuty teatralnej przesady w wizerunku Smitha. Jego charakterystyczny wygląd – zawsze część jego scenicznej kreacji – teraz zdaje się budzić pytanie, czy granica między ekspresją a karykaturą coraz bardziej się nie zaciera? 

Zespół ogłosił, że za pięć lat planują odłożyć instrumenty i przejść na zasłużoną emeryturę, co będzie związane z 50-leciem działania grupy. Czas nieubłaganie wpływa na wszystko i niestety jesteśmy świadkami końca pewnej epoki.

Ale jak kończyć, to właśnie z taką klasą.

-
  • Data premiery:
  • Single:
Najlepsze utwory:
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Wojciech Grabarczyk
Wojciech Grabarczykhttp://www.c3pr.pl
Dziennikarz zakochany w muzyce. Miłośnik sci-fi, fantasy, retro i oldschoolu.

Czytaj również

Długo wyczekiwany powrót ikony rocka i jeden z najbardziej emocjonalnych momentów na muzycznej scenie tego roku. Po szesnastu latach od ostatniego studyjnego albumu brytyjska legenda, The Cure, powraca z płytą Songs of a Lost World. Jest to dzieło, które wydaje się być przeniesione z innej...Wielkie poruszenie na światowej scenie. The Cure - Songs Of A Lost World, 2024 (recenzja)