Teraz każde beztalencie może promować swoją pseudotwórczość. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Czy Internet ma dobry wpływ na sztukę? – takie pytanie zadała ostatnio mnie i moim kolegom pani prowadząca zajęcia na uczelni. Następnie podzieliła nas na dwie grupy, przy czym pierwsza musiała znaleźć argumenty potwierdzająca tę tezę, a druga – obalające ją. Pech chciał, że zostałem przydzielony do zespołu, którego zadaniem było przedstawienie minusów wszechogarniającego podboju sieci w kwestiach artystycznych. Czemu pech? Uważałem, że poza nielegalnym pobieraniem muzyki z Internetu, resztę jego dobrodziejstw można jedynie pochwalić. Uznawałem sieć za coś zbawiennego dla sztuki. Przestrzeń, bez której artystom byłoby bardzo ciężko funkcjonować w obecnym świecie.

Zabawne i paradoksalne było to, że pod koniec tej dyskusji, gdy trzeba było ostatecznie opowiedzieć się po którejś ze stron, ciężko było mi wybrać jedną z nich. Pół godziny wcześniej bez zastanowienia ubrałbym koszulkę z napisem „Web Team”, ale w toku toczącej się dyskusji, coraz bardziej zaczynałem rozumieć, że krytykowałem oddziaływanie Internetu na sztukę nie tylko dlatego, że tak mi nakazano – robiłem to, bo naprawdę tak czułem.

Naszym pierwszym argumentem było piractwo muzyczne. Oczywiście nielegalne nabywanie muzyki istniało praktycznie od czasów magnetofonów, na których muzyczni miłośnicy nagrywali lub przegrywali kasety, lecz tylko skończony kretyn zaprzeczyłby, że sieć pogłębiła ten proces. Dzisiaj, mimo że mnóstwo osób nabywa legalnie pliki muzyczne np. z iTunesa, to jednak jest to jedynie kropla w morzu utworów, które ściąga się z Kickassa, czy innych ulub.pl. To duży problem, co pokazała sprawa ACTA, kiedy to wielu artystów opowiedziało się jak najbardziej za karaniem tego typu procederów. Jak w każdym innym przypadku, także i tu środowisko podzieliło się nie dwie nierówne części. Zwolenników, z tego co pamiętam, było więcej.

Ja sam, jeżeli mam być szczery, byłem przeciwnikiem karania Jasia z Sosnowca za nielegalne ściąganie płyty Majki Jeżowskiej, czy Jonas Brothers. Fakt – od mniej więcej siedmiu lat kolekcjonuję albumy muzyczne, ale robię to głównie z tego powodu, że po prostu lubię płyty. Zbieranie ich jest pokrótce moim hobby. Nie wydaję kilkuset złotych miesięcznie dlatego, bo żal mi artystów, których „okrada się z ich pieniędzy”. Każda osoba obyta w temacie nieco bardziej niż mój chomik wie, że wykonawcy zarabiają głównie na koncertach i tantiemach pochodzących z prezentowania ich kawałków na antenach rozgłośni radiowych. Sprzedaż płyt jest którymś z kolejnych, mniej dochodowych źródeł. Czytałem kiedyś wypowiedź Dr. Dre, który stwierdził coś w tym stylu (nie jest to cytat, bo nie chce mi się poświęcać czasu na znalezienie tak idiotycznej wypowiedzi tego pajaca): ludzie pobierający nielegalnie moją twórczość zabierają jedzenie moim dzieciom. Serio? To może sprzedaj swoje superszybkie samochody, albo nowoczesne mieszkania, skoro nie masz pieniędzy na BigMaca dla swojego potomstwa? Nabywanie muzyki z pirackich źródeł jest wedle prawa przestępstwem, więc samo przez się musiało pojawić się jako minus działania sieci na sztukę. Jednak słowa takich ludzi jak właśnie Dr. Dre trzeba brać przez pół i pamiętać, że artyści bardzo często przesadzają w kwestiach piractwa muzycznego.

W toku dalszej dyskusji przedstawiliśmy wraz z moją grupą jeszcze kilka innych negatywnych wpływów Internetu na sztukę. Łatwy dostęp do wujka Google sprawia, że zamiast pójść do galerii sztuki na wystawę poświęconą danemu artyście, oglądamy jego dzieła w postaci obrazków, znalezionych w ułamku sekundy przez wyszukiwarkę. Same muzea podążają w ślepy zaułek, tworząc internetowe wersje swoich wystaw, gdzie za pomocą przycisku myszki i strzałek wirtualnie zwiedzamy wernisaż jakiegoś fotografa, czy podziwiamy kolekcję obrazów Zdzisława Beksińskiego. Z jednej strony fajnie – można poczuć namiastkę tego, jak wygląda to w rzeczywistości. W praktyce wygląda to zazwyczaj tak, że po takiej „wycieczce” szkoda nam wydawać kilkadziesiąt złotych na bilet do galerii.

Dla mnie wielkim minusem rozwoju sieci i jej ingerencji w świat artystyczny jest łatwy dostęp do tworzenia i promowania swojej muzyki. Część z Was zapewne się ze mną nie zgodzi i uzna to za wielki plus doby Internetu, ale zanim klikniecie X w prawym górnym rogu swojego ekranu (w przypadku maców – lewym) to doczytajcie moje słowa do końca –  być może zmienicie w tej kwestii swój punkt widzenia. Jeszcze dwadzieścia lat temu, żeby wypromować swoją twórczość, artysta musiał wydać pieniądze na zrealizowanie materiału w studio nagraniowym oraz znaleźć sponsora, który wyłoży sporą forsę na wytłoczenie płyt i wprowadzenie ich do dystrybucji.

cds

Zazwyczaj kończyło się to tak, że kapela z własnej kieszeni musiała wszystko finansować, a poświęcone pieniądze nie zawsze się zwracały. Uroki biznesu – powie część z Was. Żeby zyskać, trzeba wydać – doda kolejna, być może studiująca ekonomię, grupa naszych czytelników. Zgadzam się z tym. Tylko przenieśmy się do roku 2015 i zobaczmy, jak to teraz wygląda. Dzisiaj sposobem na dotarcie do słuchaczy nie są już demówki rozdawane w czasie koncertów. Młodzi artyści budują swoją popularność głównie dzięki portalom społecznościowym, na których za darmo mogą promować autorską twórczość. Nastoletni chłopcy na początku lat 90. nie mieli takich możliwości. Wiele świetnych kapel rozpadło się przez to, że nie miało funduszy na dalszy rozwój i rozsądniejszym dla nich krokiem było rozpoczęcie nauki w college’u. Sieć bardzo pomogła artystom w tej kwestii. Lecz przy okazji odkryła drugą stronę medalu – muzykę zaczęli tworzyć i publikować ludzie, którzy nigdy nie powinni wydobywać ze swoich ust jakichkolwiek dźwięków, a ich gitary powinny powrócić na miejsce, z którego zostały wzięte – do kąta.

Dzięki Internetowi pojawiło się mnóstwo „wykonawców”, którzy w dawnym czasach nigdy by nie zaistnieli. Mówię o kompletnych beztalenciach podbijających sieć swoimi tragicznymi kawałkami, które w latach 80., czy 90. nie miały prawa wydostać się poza przestrzeń ich pokoju (nurt disco polo jest w tym przypadku wyjątkiem potwierdzającym regułę). Dziś artystą może zostać praktycznie każdy – wystarczy napisać jakiś tekst, w programie zapętlić fragment sampli, nagrać na iPhone’a wokal i po dziesięciu minutach miksu mamy swój własny kawałek. Wrzucamy go na youtube i po jakimś czasie okazuje się, że odtworzyło go więcej osób, niż nagranie Dżemu. Nie mogę oczywiście stwierdzić, że sieć wpływa tylko i wyłącznie negatywnie na rozwój muzyki i sztuki. Gdyby nie portal MySpace prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o takim zespole jak Arctic Monkeys. Wielu kapitalnych wykonawców zaistniało dzięki dobie Internetu. Lecz przy okazji pojawiło się mnóstwo ludzi, którzy nigdy nie powinni zabierać się za tworzenie i publikowanie swojej „twórczości”.

Oczywiście sieć odcisnęła wielkie piętno na współczesnej sztuce. Wpływ Internetu jest wręcz niewyobrażalny. Artyści sami z chęcią wrzucają swoje nagrania na portale społecznościowe, co dekadę wcześniej było nie do pomyślenia. Przykład U2 udostępniającego za pomocą iTunese’a swoją najnowszą płytę Songs Of Innocence jasno ukazuje, jaka platforma za niedługo będzie najważniejszą przestrzenią do dystrybucji muzyki. Jakiś czas temu przeczytałem w jednej z gazet, że w 2014 roku ilość plików zakupionych plików cyfrowych wyniosła aż 46% całego rynku. To oznacza, że w niedługim czasie nie tylko zrównają się z tradycyjnymi nośnikami muzyki, ale także je przebiją. Serce mi się kraja, ale takie są niestety fakty.

W czasie swoich zajęć na uczelni nie potrafiłem opowiedzieć się bezpośrednio po którejś ze stron dyskusji. W głowie miałem zupełny mętlik. Coś, co wydawało mi się oczywistym zbawieniem dla świata sztuki, nagle stało się dla mnie czymś nie do końca dla niej pozytywnym. Jednak byłbym kompletnym idiotą, gdybym nie docenił tego, jak w wielu przypadkach sieć pomogła w promowaniu artystycznej twórczości z całego świata.

Każdy ma swój punkt widzenia i myślenia. Mój już poznaliście. Co najlepsze, dla części z Was moje minusy mogą okazać się plusami. Dlatego nie opowiadam się po żadnej ze stron, a ostateczną interpretację i wyrobienie zdania na ten temat pozostawiam Wam.

Czytaj również