Taylor Swift nie próżnuje, konsekwentnie wprowadzając w życie swój plan, polegający na ponownym wydaniu jej pierwszych sześciu albumów. Po wydaniu w kwietniu tego roku albumu Fearless (Taylor’s Version), przyszła pora na nową odsłonę jej czwartego studyjnego krążka czyli Red, które światło dzienne ujrzało w 2012 roku. Fakt, dużo mamy tutaj liczb i dat, więc ktoś kto nie jest na bieżąco, mógłby się w tym wszystkim pogubić.
Swift postanowiła nie wydawać odświeżonych albumów w kolejności ich powstania. Myślę, że jest to dobry zabieg marketingowy, gdyż tak naprawdę nie wiemy kiedy i jaki album się ukarze. Co jest nie lada gratką dla fanów artystki i nie tylko. Zresztą, Taylor od zawsze lubiła ich zaskakiwać np. wydając z dnia na dzień, bez żadnej zapowiedzi album. Problemy z prawami do pierwszych sześciu albumów wokalistki, a w zasadzie nie problemy, a to, ze Scooter Braun zakupił do nich prawa, jednocześnie blokując tym samym artystkę, w jakiejkolwiek działalności, która jest z nimi związana. Pomimo tego, że sama stworzyła w zasadzie wszystkie swoje kompozycje, nie ma do nich żadnych praw. W odwecie Swift nagrywa ich nowe wersje i idzie jej to bardzo dobrze. Płyty sprzedają się znakomicie, jej nazwisko jest ponownie na ustach wszystkich mediów związanych z muzyką.
Na odświeżonej wersji Red znalazło się aż 30 utworów. Z czego numery od 1 do 22 stanowiące trzon płyty, to kompozycje, które znalazły się w pierwotnej wersji krążka w wersji podstawowej oraz deluxe. Pozostałe utwory, to tak zwane odrzutki. Czyli piosenki, których nie dało się wcisnąć na tamtą wersję, jednak powstały w trakcie procesu tworzenia płyty.
Trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka, a w zasadzie na pierwsze osłuchanie wydaje się, że nie ma w tych kompozycjach nic nowego. Na pewno są nieco inne wokalnie, głos Tay jest obecnie bardziej dojrzały, niż 9 lat temu. Jednak po głębszym wsłuchaniu się w utwory, da się wyczuć drobne, ale zdecydowanie korzystniejsze zmiany brzmieniowe. Dajmy na to, tytułowe Red, od warstwy muzycznej brzmi genialnie. Czuć większą energię płynącą z tego utworu. Podstawowe utwory są nam wszystkim znane. Skupimy się zatem na tych nowych.
Grupa tych utworów została nazwana „From the vault”. Mamy tu kilka duetów, m.in z Pheobe Bridges w Nothing New. Bardzo swobodniej płynącej balladzie, gdzie muzyka krąży wokół dźwięków gitar akustycznych i pięknych wstawek pianina. Uroku kompozycji dodają instrumenty smyczkowe, tworzące piękne tło. Głosy obu pań dobrze się zgrywają. Barwa Pheobe jest bardzo ciekawa, nieco ochrypnięta, ale nie aż tak jak np. Bonnie Tyler. Są też 2 utwory, które Swift napisała dla innych artystów, a teraz postanowiła nagrać je sama, we własnej wersji. Pierwszym z nich jest Babe, stworzone w 2018 dla zespołu country Sugarland. Wersja Swift, jest bardzo pogodna, słychać instrumenty dęte i dużo radości, fajny bridge, momentami troche wchodzący w Shake It Off. Drugim utworem jest Better Man, ten z kolei napisany był dla Little Big Town. Również amerykańskiego zespołu country, powstał on w 2016 roku.
Bardzo zaskakujące jest Message In A Bottle. To zdecydowanie dynamiczna kompozycja. Fajnie pulsujący syntezator w zwrotkach. Skoczne refreny, bardzo w stylu Tay, oczywiście mam na myśli jej radiowe, popowe utwory. Bardzo na plus, chociaż muszę przyznać, że stylistycznie odbiega on od utworów wydanych w 2012. Kolejnym duetem jest I Bet You Think About Me, z udziałem Chrisa Stapletona. Dźwięki harmonijki ustnej brzmią tu bardzo niekorzystnie. Można powiedzieć, że rażą w uszy. Ostatnim gościem był nie kto inny, jak Ed Sheeran, z którym artystka ma na koncie już nie jedną współpracę. Tym razem, nagrali utwór Run. Ich głosy w unisonach brzmią bardzo przyjemnie dla słuchacza. Do tego świetne wstawki wokalne Eda i chórków w przed refrenach. Są jeszcze piosenki taki jak Forever Winter oraz bardzo fajne i żywe The Very First Night. Bardzo przypomina linię melodyczną od Mine, ale taką na miarę obecnych trendów muzycznych. Pozytywne zaskoczenie. Album zamyka gratka dla fanów, można rzec „creme de la creme” tej płyty, czyli 10 minutowa, niepocięta wersja All To Well, do której powstał genialny teledysk. Sam teledysk trwa aż prawie 15 minut i jest to mini film. Stworzony i wyreżyserowany przez Swift. Gdyby przyznano Oskara za teledysk, to jest to murowany faworyt. Totalny majstersztyk. Od strony muzycznej utwór również brzmi genialnie i tak naprawdę nie ma do czego się przyczepić, ani też nad czym rozwodzić. Całość tworzy piękny obraz ze świetną warstwą muzyczno-wokalną.
Jak wspominałem na początku, trzeba przyznać, że ponowne wydanie albumów, to nie tylko genialny ruch pozwalający artystce na niezależność, ale także świetne posunięcie marketingowe. Nie ukrywajmy, nowe wersje płyt, przyniosą jej ogromne zyski. Chociaż, akurat w tej kwestii, myślę, że jest już i tak ustawiona. Większość utworów zyskała nowe życie, jedne brzmią identycznie inne mają w sobie „to coś” nowego. Od strony muzycznej, jak i wokalnej istna perełka. Swift pokazuje jak genialną i kompletną jest artystką. Artystką przez duże A, bo nie tylko sama tworzy teksty, ale przecież też i komponuje, a tutaj dodatkowo stworzyła i wyreżyserowała tak długi teledysk. Ta kobieta jest po prostu świetna w tym co robi i oby na tym nie poprzestawała. Zostały przecież do wydania jeszcze 4 albumy w nowych wersjach, więc pewnie jeszcze nie raz nas czymś zaskoczy. Album odbieram bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam go Wam wszystkim drodzy czytelnicy.
- Data premiery: 12 11 2021
- Single: All To Well
