Przebudzenie po okresie melancholii. Taylor Swift – Midnights, 2022 (recenzja)

Inne recenzje

21 października do sieci trafił już dziesiąty w dorobku album Taylor Swift, o tajemniczym tytule Midnights. Jest to prawdopodobnie zbiór utworów napisanych na przestrzeni ostatnich lat podczas, jak to sama artystka określiła bezsennych nocy. Ostatnie dwie płyty Taylor były dość „przypadkowe”, do ich napisania skłoniła ją pandemia, mowa tu oczywiście o folklore i evermore. Stąd też ich melancholijny charakter, który idealnie oddawał tamte czasy. Po tych spokojniejszych utworach czekałem na coś żywszego. i..się doczekałem.

Co prawda, nie ma tu może takiego powera jak w starszych utworach Swift, jednak ta płyta ma w sobie coś urzekającego, ale po kolei. Zacznijmy od tego, że Taylor bardzo „umie” w social media. Dokładne szczegóły albumu podawane były właśnie za ich pomocą, sama data została ogłoszona podczas gali MTV, natomiast tytuły utworów, okładki i wszystkie inne rzeczy mieliśmy dostępne m.in na instagramie, czy tiktoku. To pokazuje, że artystka zdecydowanie jest na czasie jeśli chodzi o kontakt z fanami. Zresztą tego ostatniego nigdy nie można było jej odmówić. Za to też ją zawsze ceniłem, interakcja z publicznością, nigdy nie bała się wychodzenia do ludzi, tak samo, jak i wyrażania swojego zdania na trudne tematy. Bardzo dobrze pokazał to dokument Netflixa z czasów powstawania albumu Lover.

Wracając do Midnights, Tay nie byłaby sobą, gdyby czymś nie zaskoczyła. Trzy godziny po opublikowaniu albumu, do sieci trafiła jego rozszerzona wersja z dopiskiem „3am”. Znalazły się tam utwory nazywane od czasów własnego zarządzania twórczością, z puli The Vault, czyli mówiąc wprost „odpadki” z innych płyt. Krążek otwiera pierwszy z 13 utworów, czyli Lavender Haze. Bardzo nowoczesna kompozycja jeśli chodzi o brzmienie. Głęboki i mocny bit, jednak prosty i mało porywający wokal. Tym, co przykuło moją uwagę, było nałożenie wielu dźwięków w tle głównej linii melodycznej. Maroon można przemilczeć, bo nie wnosi nic specjalnego, natomiast Anti-Hero, które zostało również singlem promującym jest już zdecydowanie ciekawsze. Od strony wokalnej zostało to zrobione w fajny sposób, gdyż Taylor zrobiła sobie sama odpowiadające chórki. Jakby dialog z samą sobą. Brzmieniowo bardzo dobrze, sporo syntezatorowych dźwięków, bije stąd dobra energia, chociaż sam tekst taki nie jest. Do utworu powstał również długi teledysk, w którym została opowiedziana cała historia.

Na płycie pojawił się również jeden duet, w utworze Snow On The Beach pojawia się Lana Del Rey. No właśnie, pojawia się to chyba dobre słowo, bo przyznam szczerze, że nie mam pojęcia w którym momencie. Jej udział przeszedł bez większego echa, żadnej partii solowej, trochę słabo. Jak to napisał jeden z fanów pod video na Yotuube „Lana była pod taki wrażeniem piosenki, że aż zaniemówiła”. Ten komentarz idealnie oddaje jej udział. Sama kompozycja jest dość dziwna, już sam tytuł jest intrygujący, do tego ta melodia. Początek przypomina mi muzykę z jakiejś bajki, gdzie akcja dzieje się w magicznej krainie. Lepszą piosenką jest dla mnie You’re On Your Own, Kid. Fajna, lekka i przyjemna dla ucha. Na myśli przychodzą mi dawne utwory Taylor,z jej młodszych okresów twórczości. Dobrze budowane napięcie za pomocą instrumentów. Midnight Rain to opowieść o zranieniu, bólu, złamanym sercu i wylanych łzach, czyli coś, o czym ta Pani potrafi pisać.

Question…? jest utworem bardzo w stylu Swift, taki jeden z wielu, jakie ma już na swoim koncie. Vigilante Shit z kolei jest bardziej mroczne i intrygujące słuchacza. Można powiedzieć, że Swift jest tutaj kreowana na taką bad bitch. Świetny muzyczny klimat, który oddaje tekst. Czasem mniej znaczy więcej, tak jak w tym przypadku, mam tu na myśli okrojoną stronę muzyczną jak i brak jakiegoś żywszego tempa. Co mnie zawsze zaskakuje, to to, że artystka tak bardzo szarżuje sobie ze stylami utworów. Po tym bardziej mrocznym, mamy słodkie Bejeweled, jak dla mnie kolejna kompozycja bez większego wydźwięku. Jeśli miałbym jeszcze wspomnieć o pozostałych utworach, to warto posłuchać Labyrinth ze względu na bardzo urzekający wokal. Lekko wyciągane góry, delikatne i kojące ucho falsety. Karma oddaje klimat lat 80tych z dodatkiem nowoczesnego brzmienia. Już sam początek i efekt „zaciętej płyty” zrobiły tu robotę. Podstawową wersję krążka zamyka Mastermind. Ciekawa melodia w zwrotce i refrenach, czyli „przeloty” syntezatorów. Podoba mi się to, jak zostały zrobione tutaj wejścia do przed refrenów. Są zaskakujące, dobrze czuć to słuchając płyty na słuchawkach, gdyż mamy nagle potężne uderzenie. Sam utwór jest dobry w swojej konstrukcji, znów mamy lekkie wokale, ale to już u tej Pani norma.

Jako osoba, która ceni twórczość Taylor Swift, liczyłem na to, że na tym albumie doczekam się większej dawki energii, niż na pandemicznych płytach i nie zawiodłem się. Co prawda ta energia była przeplatana melancholijnymi kompozycjami, jednak nie ma co się oszukiwać, Taylor już tak ma, to jest wyznacznik jej stylu. Zresztą, zawsze była dobra w pisaniu takich kompozycji, za co bardzo ją szanuję. Album ten od strony muzycznej jest zlepkiem jej dotychczasowej twórczości. Mamy tu utwory w stylu tych z albumów Lover oraz np. Reputation, szczególnie te bardziej mroczne jak Vigilante Shit. Co do kompozycji z rozszerzonej wersji, to zostawię je dla Was to przesłuchania samemu i własnych wniosków.

Przyszła mi na myśl jeszcze jedna rzecz odnośnie symboliki. Niby drobna sprawa, a jednak w podstawowej wersji płyty mamy 13 utworów, jak fani artystki wiedzą, jest to dla niej ważna i szczęśliwa liczba. O taki mały szczegół, niby nic nie znaczący, a jednak ma głębię. Podsumowując już tak ostatecznie, jestem ogółem zadowolony z tego, co usłyszałem na Midnights. Niedosyt jednak gdzieś zawsze pozostanie. Czuję, że Taylor wróciła na właściwe tory i z pewnością jeszcze nie raz nas pozytywnie zaskoczy, bo jej głowa zawsze jest pełna pomysłów.

  • 8/10
    Sebastian Torbicz - 8/10
  • 9/10
    Sylwia Krzywonos - 9/10
  • 9/10
    Julia Maciąg - 9/10
  • 8.5/10
    Adrianna Małolepszy - 8.5/10
  • 7.5/10
    Tomasz Ochota - 7.5/10
  • 7.5/10
    Łukasz Mantiuk - 7.5/10
  • 7/10
    Arek Zroślak - 7/10
  • 7/10
    Christian Cieślak - 7/10
7.9/10
Sending
User Review
7.1/10 (20 votes)
Taylor Swift - Midnights
  • Data premiery: 21 10 2022
  • Single: Anti-Hero
Najlepsze utwory: Vigilante Shit, Anti-Hero
Najsłabsze utwory: Seet Nothing, Bejeweled, Maroon


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Sebastian Torbicz
Sebastian Torbicz
Muzykolog, absolwent KULu w Lublinie. W wolnych chwilach lubi słuchać Bon Jovi, Delty Goodrem, muzyki francuskiej i wielu innych artystów. Ulubione gatunki to rock i pop. Otwarty na poszukiwanie i odkrywanie nowości w muzycznym świecie. Prywatnie muzyk samouk.

Czytaj również

21 października do sieci trafił już dziesiąty w dorobku album Taylor Swift, o tajemniczym tytule Midnights. Jest to prawdopodobnie zbiór utworów napisanych na przestrzeni ostatnich lat podczas, jak to sama artystka określiła bezsennych nocy. Ostatnie dwie płyty Taylor były dość "przypadkowe", do ich napisania...Przebudzenie po okresie melancholii. Taylor Swift - Midnights, 2022 (recenzja)