Gdy pod koniec zeszłego roku usłyszałem, że Tarja planuje wydanie nowego studyjnego albumu, oszalałem. Od tego czasu uważnie wypatrywałem wszystkich wieści z obozu Turunen. A tych napływało niemało. Jakaś mała wzmianka o klipie czy tytuł nowej piosenki. W końcu ujawniono tytuł albumu, okładkę i datę jego wydania. Emocje sięgnęły zenitu, gdy opublikowane zostały dwa single: promocyjny Never Enough oraz oficjalny Victim of Ritual. Już wtedy wiedziałem, że Colours in the Dark będzie jedną z najważniejszych płyt bieżącego roku. I nie pomyliłem się.
Muzyka wokalistki przeszła (wbrew pozorom) sporą metamorfozę. Można powiedzieć, że wciąż gra metal symfoniczny oraz rock alternatywny i będzie to prawda. Nigdy jednak w jej muzyce nie było tylu orkiestrowych ballad. Na chłodnym My Winter Storm oraz bardziej przebojowym What Lies Beneath więcej dynamicznych piosenek. Tu też nie brakuje szybszych momentów (Never Enough, Neverlight), ale ton tego wydawnictwa wyznaczają utwory o znacznie innym tempie.
Zaczyna się zaskakująco – nawiązaniem do klasycznego Bolero. Nieco zmodyfikowane, ale w gruncie rzeczy to wciąż ten sam rytm i harmonie. Przez chwilę można nawet pomyśleć, że Tarja nagrała album z muzyką poważną. Jednak już przy refrenie Victim of Ritual się rozkręca, dochodzą perkusja i gitary i w rezultacie otrzymujemy świetny, metalowy kawałek. Największe wrażenie robi w nim sam wokal artystki – wciąż pokazuje, że jej operowego głosu mogą jej inni zazdrościć. Victim of Ritual bardzo zachęciło mnie do przesłuchania całego Colours in the Dark. Podobnie zresztą jak promocyjny singiel pt. Never Enough. Piosenka jest najostrzejsza na płycie. Zachwyciły mnie w niej szczególnie riff gitarowy na początku oraz bardzo mocna końcówka. Po kilkudziesięciu przesłuchaniach tej dwójki z niecierpliwością oczekiwałem na Colours in the Dark.
Single nie definiują tego wydawnictwa. Pozostałe utwory to bowiem głównie nagrane z rozmachem, symfoniczne ballady. Przedstawicielem tej grupy może być chociażby utwór Lucid Dreamer. Przyznam, że bardzo mnie on zaskoczył. Nie tyle samymi zwrotkami czy refrenem (piękne smyczki!), ale mostkiem. Piosenka zupełnie zmienia w nim brzmienie. Staje się znacznie spokojniejsza i hipnotyzująca. A płacz córki Tarji tylko dodaje jej uroku. Nieco mniej zaskakujące (ale równie udane) jest Mystique Voyage. Bardzo podoba mi się początek tego nagrania, w którym wokalistka mówi:
Welcome to my Mystique Voyage – An inner trip to fantasy, freedom and love A conquest of fear, lonesomess and dislike Welcome to my world
Nie można tu też zapomnieć o niesamowitym, operowym refrenie oraz pięknych dźwiękach pianina, które słychać w tle. Podobne wrażenie robi numer o tytule Deliverance. To najbardziej orkiestrowy kawałek na krążku. Szczególnie w pięknym i bardzo rozbudowanym mostku, w którym pojawiają się potężnie brzmiące smyczki. Idealnie współgrają one z delikatną perkusją. Mniej rozbudowana i najspokojniejsza na płycie jest ballada Until Silence. Podrasowana została subtelną elektroniką. Nie razi to jednak ani nie denerwuje. Wręcz przeciwnie – podkreśla smutek i piękno tego nagrania. Ponownie warto zwrócić tu uwagę na bardziej symfoniczny refren. Jednak najciekawszy utwór artystka umieściła na samym końcu Colours in the Dark. Medusa to ballada niezwykła, niesamowita, genialna… a zresztą otwórzcie sobie słownik synonimów na wyrazie świetny. Uwagę zwraca wykorzystanie ormiańskiego instrumentu – duduka. Nadał on Medusie nieco orientalne brzmienie. Nie sposób nie zauważyć także mocniejszych gitar i perkusji uwydatniających emocjonalność refrenu. Jakby tego było mało w utworze oprócz samej Tarji śpiewa Justin Furstenfeld. Jego głęboki głos idealnie pasuje do tej idealnej piosenki.
Żeby jednak nie było, że Tarja potrafi tylko smucić, na Colours in the Dark umieszczono kilka szybszych kawałków. Jednym z nich jest wyżej wspomniane Never Enough. Innym świetne 500 Letters, które najbardziej kojarzy mi się ze starszymi nagraniami Turunen. Jednak obie te piosenki bladną przy Darkness. Jest to cover. Oryginał wykonuje genialny twórca Peter Gabriel. Przyznam, że trochę obawiałem się wersji Tarji, ale jest naprawdę rewelacyjna. Dobrze, że zachowała główne cechy oryginału: przesterowana, wgniatająca w fotel partia wokalna oraz niepokojący klimat. A przy tym dodała do Darkness nieco metalowej energii. Nie można zapomnieć też o Neverlight. To, obok Never Enough, najmocniejsza propozycja na płycie. A już na pewno najszybsza i najbardziej dynamiczna. Ponownie warte pochwalenia są gitarowe riffy. Do ostrej muzyki dostosowała się sama artystka – śpiewa drapieżniej niż w innych nagraniach.
Tarja zawsze dbała o to, by jej teksty także były co najmniej dobre. Tak jest i tutaj. W Until Silence śpiewa o przeszłej, nieobecnej miłości, która nadal pozostaje w jej samej. Podobnie jest w Never Enough. Tym razem jednak to ona sama decyduje się o zakończeniu związku. Refren tego utworu:
Never enough, never enough No, never enough, never enough I gave it all, you still want more
wydaje mi się być aluzją do męża artystki (Marcelo). Znacznie większe wrażenie robią jednak te teksty, które nie opowiadają o miłości. Tak jest w bardzo ciekawym Medusa, które (jak nietrudno się domyśleć) jest o tytułowej meduzie czy 500 Letters, w którym pojawia się motyw śmierci. Jednak najbardziej podoba mi się tekst Mystique Voyage. Kojarzy mi się z bajkami, literaturą fantasy. Szczególnie fragmenty śpiewane po hiszpańsku zrobiły na mnie dobre wrażenie.
Już przy pierwszym przesłuchaniu Colours in the Dark wiedziałem, że będzie to jeden z najlepszych albumów 2013 roku. Co prawda do jego końca jeszcze 4 miesiące, nie wydaje mi się jednak, by ktoś przebił lub chociażby zbliżył się do dzieła Turunen. Artystka nagrała swój najdojrzalszy, najbardziej symfoniczny i zdecydowanie najlepszy krążek. Podczas gdy jej koledzy z Nightwish nie mogą znaleźć odpowiedniej wokalistki, ona pokazuje, że solowo radzi sobie nie gorzej. Nawiązując do tytułu płyty, kolory w ciemności wyglądają jeszcze piękniej i bardziej okazale.

