Długo zabierałem się do napisania tej recenzji. To nie tak, że mi się nie chciało. To tak, że ten album jest tak dobry, że nie wiedziałem, co napisać, aby zbyt nie na słodzić.
The Civil Wars poznałem przy okazji kawałka The One That Got Away. Wcześniej kojarzyłem ich z utworu Safe & Sound, chociaż bardziej kojarzył mi się on z Taylor Swift, a nie z tym duetem. Do sięgnięcia po krążek przekonał mnie jego pierwszy singiel – co chyba trzeba uznać za prawidłowy wybór, skoro zainteresowałem się tym wydawnictwem.
Cały album to połączenie spokojnego soft rocka, folku i momentami country. Nie zgadzam się z totalnym szufladkowaniem The Civil Wars jako country. Może taki był pierwszy album – Barton Hallow. Nie znam tego wydawnictwa, więc swoją przygodę rozpoczynam od ich drugiego albumu zatytułowanego po prostu The Civil Wars.
We can light a match – And burn them down
Wszystkie kompozycje urzekają. Od przepięknych, emocjonalnych ballad, po kilka bardziej dynamicznych kawałków. Mój faworyt to Dust to Dust. Spokojny, powolny utwór, „sunie” przez prawie cztery minuty… istne arcydzieło. Kawałek ten jest magiczny, nostalgiczny… taki w sam raz na jesiennie wieczory, które – uwaga – już tuż, tuż! Zaraz po Dust to Dust następuje mu kolejny faworyt – ciut dynamiczniejsze Eavesdrop. Głosy Joy i Johna Paula idealnie ze sobą współgrają, a także wymieniają się kolejnymi partiami tekstu. Słuchanie tych obu kawałków po sobie, to jak słuchanie przepięknej symfonii w dwóch częściach. Nie mogę się oprzeć, aby raz jeszcze nie napisać tego słowa – magia!
For all that we’ve got, don’t let go, just hold me
Generalnie, całym album słuchając od początku do końca jest idealnie poskładany. Ballady i kawałki dynamiczniejsze są odpowiednio wyważone, płyta nie nuży, ani też niepotrzebnie nie rozbudza. Cały czas poruszamy się w nostalgicznym, sennym klimacie. Co raz utwory I Had Me a Girl czy Devil’s Backbone są jak szturchnięcie dobrego znajomego, który mówi: nie śpij, oglądaj!
Na drugi singiel wybrano utwór From This Valley. Nie jest to zły utwór, jednak widać, że jest to ukłon w stronę countrowej publiczności w Stanach Zjednoczonych. Album ma całe tabuny lepszych kawałków, ale rozumiem, że wybrać trzeba utwór na potencjalny przebój. Takie kochane przeze mnie Dust to Dust czy Eavesdrop może i staną się singlami, jednak pewnie dopiero na jesień, jak będzie ku temu odpowiedni klimat.
Istną perełką, o której wspomnieć trzeba, jest utwór Sacred Heart. Joy śpiewa tam po… francusku! I robi to z takim urokiem, że mimo, że nic nie rozumiem, chce się tego słuchać. Mniej do gustu przypadł mi utwór Disarm – i jest to chyba jedyny utwór na płycie, na który lekko mogę psioczyć i mówić, że nie za bardzo go lubię. Jednak na tak genialnej płycie, nawet najsłabszy utwór jest dobry.
Drugie wydawnictwo duetu The Civil Wars ugruntowuje mnie w przeświadczeniu, że Stany Zjednoczone to nie tylko ta zepsuta Rihanna oraz inne kiczowate kawałki. Jest tam jeszcze wiele ukrytych talentów – i całe szczęście – że są doceniane (The Civil Wars mają dwie Grammy na koncie, a recenzowany tutaj album zadebiutował na szczycie Billboardu – co wskazuje na uwielbienie i ze strony krytyki, i ze strony publiki). Z całą odpowiedzialnością – polecam ten album. To nie jest country. To mieszanka przeróżnych gatunków, zahaczających o folk, alternatywę czy indie rocka. Wsadziłbym ich gdzieś pomiędzy The Lumineers, a Mumford & Sons, zaznaczając, że są znacznie spokojniejsi, liryczni i – moje ukochane słowo – nostalgiczni.

