Tame Impala – The Slow Rush (2020), recenzja Wojtka Chabera

Inne recenzje

Wielu fanów już pewnie zwątpiło, ale nareszcie jest! Długo wyczekiwany, nowy album Tame Impala twórczo rozwija kierunek obrany na Currents, wygodnie moszcząc się w alternatywnym popie z psychodelicznymi wpływami.

Kevin Parker, stojący za projektem Tame Impala, nie jest mistrzem biznesowych sztuczek przemysłu muzycznego. Nie podpala się, podąża swoim rytmem, nie zmusza się do pracy. Jest inspiracja? To tworzę. Nie ma? To poczekam. I jak wielu artystów, tworzy wtedy, gdy go coś boli, a nie po to, by wstrzelić się w koniunkturę. Po świetnie przyjętym przez krytyków i fanów albumie Currents, kazał czekać na kolejny aż pięć lat. Zamiast na szybko zmontować nowy materiał z sesyjnych odrzutów, postanowił odczekać, pozwolić dojrzeć swojej muzyce, uporządkować swoje myśli, a przy okazji poeksperymentować z mainstreamem w osobie Lady Gagi czy Kanye Westa. I kiedy ktoś mógłby pomyśleć, że Parker na dobre zanurzy się w głównym nurcie, on daje nam The Slow Rush – płytę, która jest dokładnie taka, jak się nazywa – śpieszna i intensywna, ale w bardzo specyficzny, powolny i nonszalancki sposób.

Rzecz w tym, że zaczynając nagrywać nową płytę, muszę znów poczuć się w pewnym sensie bezwartościowy, by chcieć tworzyć muzykę – powiedział pół roku temu Kevin Parker

I zrobił to kilka miesięcy po tym, jak wypuścił Patience i Borderline – dwa bardzo pozytywnie przyjęte single, wzmacniające tylko apetyt na nową płytę. Kiedy epopeja z powstawaniem albumu zaczynała już powoli drażnić, Parker nie poddał się presji – więcej – zdecydował się na wypowiedź, która mogła skutecznie zniechęcić fanów. Ostatecznie, na The Slow Rush z ubiegłorocznych singli znalazł się tylko Borderline wraz dziesiątką innych kawałków, tworząc spójny, ciekawy muzycznie, prawie godzinny materiał.

Tame Impala – Lost in Yesterday

Z tym krążkiem jest mały problem, a mianowicie taki, że trudno w nim wskazać mocno wybijające się momenty. Nie oznacza to bynajmniej, że jest nudno i przeciętnie. Taka to kompozycja po prostu, że jest spójna jako całość i jako taka powinna być wysłuchana. Atmosfera zblazowania, rezygnacji z pędu życia, odsunięcia się na bok i popadnięcia w błogie lenistwo jest cały czas obecna i słyszalna. Nie ma jednak mowy o zamulaniu, to jest cały czas żywe, ciekawe i gęste od dźwięków. Zachęca do zwolnienia, ale nie do zupełnego zatrzymania. Charakterystyczny falset Parkera nie wybija się jakość szczególnie, utopił go w muzyce, bez szkody zarówno dla kompozycji. Jak zwykle, mamy do czynienia z dziwnymi dźwiękami i pogłosami, czasami jest bardziej basowo, czasami bardziej syntezatorowo. Wszystko to łagodne, ale nie uładzone.

Zapomnij o pracy, zapomnij o problemach, nie śpiesz się. Pełen chillout, narkotykiem jest tutaj muzyka. Usiądź wygodnie w fotelu, odpal The Slow Rush i rozejrzyj się dookoła, może akurat dostrzeżesz coś, czego nie widziałeś wcześniej. Może akurat wpadniesz na pomysł, który wcześniej nie przyszedłby ci do głowy. Muzyka Tame Impali ma za zadanie wprowadzić w nastrój, który jednocześnie pozwoli ci odpocząć, uporządkować myśli, a może nawet stać się impulsem do czegoś nowego, do czegoś, czego wcześniej byś nie spróbował. Niczym nie ryzykujesz, Parker cię nie wkurzy swoimi tekstami, nie spowoduje, że będziesz się gorzej czuł, możesz co najwyżej nie przyjąć jego filozofii spędzania czasu i nawiązywania kontaktu z otoczeniem.

Tame Impala – Posthumous Forgiveness

The Slow Rush to znacząca zmiana w porównaniu z Lonerism czy InnerSpeaker. Rockowe wpływy ulegają bardziej popowym brzmieniom. Currents nie okazał się jednorazowym eksperymentem, tymczasową zmianą konwencji. Było dokładnie odwrotnie – poprzedni album wytyczył nowy kierunek w twórczości Australijczyka. Nie jest on radykalnie inny od poprzedniego, ale z dobrze zapowiadającego się artysty sceny rockowej, Parker zmienia się w nadzieję popu, czego sam jest świadomy i mówi o tym otwarcie w ostatnim numerze Billboardu. Z nieśmiałego chłopca, przepraszającego za to, że żyje, stał się świadomym i dojrzałym artystą, ryzykującym wejście w świat, który do tej pory był mu obcy. Tu nie ma półśrodków – albo go ta maszynka przemieli i wypluje, albo stanie się topowym producentem hitów, które w najbliższych latach podbiją komercyjne staje radiowe. Jeśli mu się uda, zrzuci z tronu EDM, który od dłuższego czasu nie wymyślił niczego świeżego i ciekawego. I choćby z tego powodu, trzymam za niego kciuki.

Tame Impala - The Slow Rush
  • Data premiery: 14 02 2020
  • Single: Borderline, It Might Be Time, Posthumous Forgiveness, Lost in Yesterday, Breathe Deeper
Najlepsze utwory: Posthumous Forgiveness, Lost in Yesterday, Breathe Deeper
Najsłabsze utwory: -


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Wojtek Chaber
Wojtek Chaberhttps://open.spotify.com/user/wojtek.chaber?si=qfm4waT0Sj2TqsPrFJfU2w
Złośliwi mówią, że mam gust muzyczny siedemdziesięciolatka. Lubię klasyków rocka - Rolling Stonesów, Led Zeppelin czy Pink Floyd. W długie jesienne wieczory zasłuchuję się w muzyce Massive Attack i Nine Inch Nails. Lubię Linkin Park, ale ze starych płyt, a złego nastroju pozbywam się przy dźwiękach Nirvany.

Czytaj również

Wielu fanów już pewnie zwątpiło, ale nareszcie jest! Długo wyczekiwany, nowy album Tame Impala twórczo rozwija kierunek obrany na Currents, wygodnie moszcząc się w alternatywnym popie z psychodelicznymi wpływami. Kevin Parker, stojący za projektem Tame Impala, nie jest mistrzem biznesowych sztuczek przemysłu muzycznego. Nie...Tame Impala – The Slow Rush (2020), recenzja Wojtka Chabera