Być może o Tame Impala jeszcze usłyszeć nie zdążyliście. Formacja według standardów naszego rodzimego szkolnictwa właśnie zaczyna podstawówkę. Na debiut członkowie zespołu musieli poczekać aż trzy lata, ale kiedy nareszcie ich krążek ujrzał światło dzienne, zawrzało! Szturmem zdobyli względy rynku muzycznego i na wejściu zgarnęli Rolling Stone Award w kategorii Album of the Year za krążek Innerspeaker. Posypały się i inne nagrody – wygrali między innymi ARIA Award w kategorii Best Group i J Award jako Australian Album of the Year. W lipcu powrócili z trzecim studyjnym albumem zatytułowanym Currents. Zapraszam do lektury!
Płytę otwiera rozmarzone singlowe Let It Happen. Bazę utworu stanowi mocno zarysowana i rytmizująca utwór ścieżka syntezatorów. Sąsiadujące ze sobą, molowe dźwięki budują wdzięczną, melancholijną atmosferę kawałka. Nie bez znaczenia pozostaje również liryczny i wpadający w nucenie bardziej niż w mocną artykulację wokal. Jest świeżo, słonecznie i z nutką zamyślenia. W drugiej części utworu sytuacja ulega nieznacznej zmianie. Co prawda, na warsztacie pozostaje wciąż ten sam motyw przewodni, ale głos, przepuszczony przez syntezatory, nico rozmyty i wytłumiony, otwiera kawałek na psychotyczne, graniczące z przesterowaniem rejony odbioru.
W podobnej stylistyce utrzymuje się również drobniutka wstawka muzyczna – Nangs, choć słuchając jej możecie mieć wrażenie, że jest nieco niedopracowana, połamana. To oczywiście zabieg zamierzony, polegający na niespodziewanym „zsuwaniu” dźwięków z linii wiodącej i wrzucaniu ich w inną melodykę, bo ponownie zatoczyć koło i wrócić do siebie.
Syntezatory prym wiodą również w The Moment. Strukturę utworu budują wysokie, opalizujące dźwięki, doprawione wysokorejestrowym wokalem. Mimo, że kawałek budują głównie półtony, dominuje w nim pogodny, lekki nastrój. Zapewne dlatego, że refreny są wyrzucane na wysokie części pięciolinii, dzięki czemu powstaje owa specyficzna, słoneczna mgiełka. Nastrój ten jest dodatkowo spotęgowany spiętrzeniem blisko spokrewnionych ze sobą dźwięków, które dążą wzwyż. Wakacyjnie i przyjemnie. Podobnie sprawa wygląda w wypadku The Less I Know The Better, które wraz z Gossip – kolejnym elektronicznym drobiazgiem, przeplatanym pojedynczymi dźwiękami gitary tworzy łagodny i wdzięczny duet.
Nieco niżej na pięciolinii plasuje się Yes I’m Changing. Dzięki sporym skokom na pięciolinii i ustępami pomiędzy pełnymi tonami i półtonami, robi się refleksyjnie i delikatnie. Z nastrojem generowanym przez melodię doskonale współgra spadek tempa – kawałek popychany sporadycznie pojawiającą się perkusją raczej sączy się pojedynczymi dźwiękami niż gna. To taka synthpopowa i nieco bardziej rozkołysana wersja Coldplay, z nutką brzmienia lat 80-tych. Bardzo podobnie rzecz się ma z Eventually. Mimo spiętrzenia ciężkich, mocnych i niskich dźwięków w refrenach kawałek jest kołyszący, niespieszny i dryfuje na spokojnych wodach synthpopu. Zbliżoną konstrukcję ma także Past Life.
https://www.youtube.com/watch?v=QhlPXa6g4C8
Inaczej sprawa wygląda w utworze Disciples. Kawałek jest dynamiczny, pogodny i utrzymywany w wysokich, durowych rejestrach – zarówno wokalnie jak instrumentalnie. W pierwszej części kawałka możemy mieć wrażenie, że jest nieco rozmyty, niewyraźny – to oczywiście charakterystyczny rys nurtu lo-fi, który wydaje się przebijać przez muzyczną tkankę. W drugiej części materia ulega wygładzeniu i wypogodzeniu, a my dostajemy czysty, jasny dźwięk. Zbliżone zabiegi zostały zastosowane w kawałkach – Reality In Motion oraz New Person, Same Old Mistakes.
Cause I’m A Man z kolei to mieszanka współczesnego chillwave, z synthpopem lat 80-tych i szczyptą naśladującego jazz połowy wieku wokalu. Jest niespiesznie, marzycielsko i sennie. Dzięki nieznacznemu przesunięciu sekcji wokalnej względem instrumentarium, którego dźwięki pojawiają się wcześniej, tworzy się owa charakterystyczna, przymglona i usypiająca mgiełka, okalająca kawałek.
Atmosfera subtelnieje w Love/Paranoia. Co prawda pierwsza część utworu, podobnie jak większość poprzednich kompozycji, oscyluje wokół wysokorejestrowych, klasycznych sythpopów, z mocno zarysowanym tempem i wielością dźwięków. Troszeczkę inaczej wygląda struktura drugiej części. Bogate tło dźwiękowe zostaje ograniczone do kilku pojedynczych nut, a na plan pierwszy wysuwa się melancholijny, dream popowy wokal. Dzięki takiemu zestawieniu, poddając kawałek lekturze mamy wrażenie, że głos jest najbardziej samotną i najsmutniejszą rzeczą na świecie. Doskonale wydobywa to stopniowe wplatanie w utwór tonacji molowej, która ostatecznie opanowuje jego konstrukcję całkowicie.
https://www.youtube.com/watch?v=Xfw4egftRE8
Brytyjski magazyn The Guardian ocenił krążek Currents na maksymalną liczbę gwiazdek. Czy rzeczywiście jest tego wart? Album zawiera kilka nieoczekiwanych nawiązań stylistycznych i sporo motywów zaczerpniętych z różnych gatunków, które za każdym razem są doskonale opracowywane i przerabiane według konkretnej wizji artystycznej. Imponująca jest również mozaika dźwięków, z których artyści swobodnie rzeźbią muzyczny świat albumu kreując go według własnych reguł. Ocenę pozostawiam wam.


