Taka jest moja muzyka na ten, najbardziej zimowy kawałek roku. I o kilku albumach bardzo dobrych na ten właśnie czas chciałabym opowiedzieć. O muzyce, która pachnie dymem papierosowym i mrozem wpadającym przez kuchenne okno, czarną herbatą i praniem suszącym się w pokoju.
Rewolucji nie ma. Dźwięki zawarte na najnowszym albumie to wciąż ta sama, dobra Lana. Honeymoon brzmi jak bardzo przemyślana mikstura jej poprzednich produkcji. Krążek jest przepełnionymi emocjami, gdzie wzajemnie przeplatają się małe i wielkie tragedie artystki, gdzie miłość spotyka się z dramatem. Brzmi znajomo? Tak, do tego właśnie przyzwyczaiła nas Amerykanka.
Ultraviolence, bo taki tytuł nosi druga studyjna płyta Lany, jest następcą wydanego na początku 2012 roku krążka Born to Die. Debiutancki album artystki swego czasu robił na mnie ogromne wrażenie. A ten?