Szalony wieczór z Pink Freud w Pradze Centrum. Relacja Piotra Sadowskiego

Zdarzyło wam się kiedyś zatracić w muzyce na tyle, że całkowicie straciliście poczucie czasu i z rytmu wybiła was dopiero informacja od zespołu, który zaczyna żegnać się z fanami? Tak właśnie miałem na niedzielnym występie Pink Freud w ramach Lata na Pradze!

Nawet nie wiecie, jak mocno wyczekiwane było przeze mnie spotkanie z Pink Freud! Nie tylko z uwagi na bardzo udany ostatni krążek, ale też ze względu na lidera tej grupy. Bo gdyby nie Wojtek Mazolewski i jego audycje w newonce.radio, prawdopodobnie jazz by nie gościł w moich głośnikach tak często, jak w ostatnich miesiącach.

Koncert w Pradze Centrum rozpoczął się równie mocno co piano forte brutto netto, czyli najnowszy krążek grupy, bo od otwierającego go utworu B4. Już na wstępie należą się wielkie brawa dla dźwiękowców pracujących tego wieczoru, bo przeszywający całe ciało bas w mocniejszych partiach kawałków był lekiem na zbliżający się koniec weekendu. Wszak koncert odbył się w niedzielę wieczór i dzięki temu humor wcale nie był popsuty!

Zaraz po B4, ze sceny usłyszeliśmy Pink Porto, czyli chyba najbardziej charakterystyczne dźwięki z ostatniego albumu Freudów. Portugalska metropolia nie bez powodu pojawia się w nazwie utworu, bo jak sam Wojtek przyznał, większość materiału z płyty została nagrana właśnie w tym mieście. Co ciekawe, stało się tak głównie dlatego, że muzycy zapomnieli zabrać ze sobą… dysków, na których nagrany mieli cały dotychczasowy materiał na album. Jestem wielkim fanem rozmów z publicznością w pomiędzy kolejnymi piosenkami i każdy taki usłyszany fakt wprowadza mnie podwójnie w odbiór zapowiadanego utworu. Swoją drogą, Panowie, chętnie usłyszymy więcej o tych zapomnianych nagraniach!

Muzycy zabrali nas w podróż głównie przez najnowszy album. Nic dziwnego, bowiem sam krążek swoją premierę miał w pod koniec listopada, a więc w niezwykle trudnym czasie dla muzyki granej na żywo. Występ grupy w Warszawie był dopiero trzecim koncertem z tym wydawnictwem. I trzeba przyznać, że panowie są w bardzo dobrej formie! Do tego stopnia, że kiedy po energicznym, tanecznym Kung Fu Express zaczęli żegnać się ze sceną, byłem zszokowany, że na pierwszy bis muzycy schodzą po zaledwie 30 minutach grania! Szybko to jednak zweryfikowałem i okazało się, że od początku koncertu minęła prawie godzina. Zupełnie zatraciłem się w muzyce i niech to będzie najlepsza recenzja tego widowiska.

Druga część koncertu obfitowała też w utwory z starszych wydawnictw. Usłyszeliśmy m. in. Bourbon z 2012 roku, którego tytuł Wojtek zgrabnie połączył z wcześniej zagranym Pink Sunrise. Sam koniec zaskoczył mnie najbardziej, bo lider grupy stał się jednocześnie jej wokalistą! Podczas mocniejszych kawałków odnosiłem czasem wrażenie, że dobrze uzupełniłby je mocniejszy wokal, nawet growl, tak że można powiedzieć, że moje myśli zostały odczytane. Co za wieczór!

Na sam koniec chciałbym jeszcze wyróżnić samą publikę. Zawsze pojawia się na mojej twarzy uśmiech, kiedy muzyka na żywo zbiera wokół siebie różne pokolenia, a taki rozstrzał wieku widziałem chyba ostatnio dopiero na katowickim OFF Festivalu. A propos festiwali. Szkoda, że nie widzimy zespołów pokroju Pink Freud w line-upach tych bardziej popularnych imprez. Myślę, że nawet słuchacze nastawieni na bardziej mainstreamowe dźwięki, chętnie by się pokazali pod sceną.

Spragnionym jazzowych występów na żywo przypominam, że już 1. sierpnia Wojtek Mazolewski pojawi się raz jeszcze w Pradze Centrum, tym razem z solowym repertuarem. Niech moc będzie z Wami!

Czytaj również