Devendra Banhart to jeden z tych artystów, których muzyka wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. I właśnie to jest ogromną siłą tego ekscentrycznego Amerykanina o wenezuelskich korzeniach. Przekonał się o tym tłum zgromadzony na środowym koncercie 38-letniego wokalisty w warszawskim klubie Palladium.
Są koncerty, które nie zawsze poruszą Cię już od pierwszych dźwięków. Potrzebujesz nieco więcej czasu, żeby wczuć się w klimat, poznać muzyka i poczuć jego energię. Czasami się uda, czasami nie. Są jednak takie koncerty, które sprawiają, że odpływasz momentalnie. Wystarczą pierwsze minuty i jesteś w innym świecie.
Dokładnie tak było w środowy wieczór w Palladium. Devendra Banhart to najlepszy przykład muzyka, który graniem na żywo potrafi przenieść widza gdzieś daleko, gdzieś, gdzie świat jest kompletnie inny. Ten szalony Amerykanin, w którego żyłach płynie też sporo wenezuelskiej krwi, jest prawdziwym performerem bez cienia fałszu. Na scenie jest sobą, a jego każdy kolejny ruch nie wynika ze skrzętnie przygotowanego wcześniej planu. Koncertem w Warszawie udowodnił, że nie potrzebuje gotowego scenariusza, aby dać niezapomniane widowisko. Widać i słychać, że bawi się muzyką, a jego niewymuszona spontaniczność i poczucie humoru udzielają się każdemu.
Zanim jednak gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie, tłum zgromadzony w Palladium miał okazję zobaczyć naprawdę interesujący i miły dla ucha występ zespołu Vetiver z San Francisco. Dostaliśmy kawał dobrego amerykańskiego folku z klimatem i duszą. Można było poczuć się niczym w małym klubie gdzieś na peryferiach USA. Dobra rozgrzewka.
Chwilę później warszawska publiczność trafiła do kompletnie innego wymiaru. Devendra to zakręcony brodacz, którego ekscentryzm jest trudny do zdefiniowania i opisania słowami. Tego człowieka po prostu trzeba zobaczyć na żywo. Stuprocentowe zaangażowanie, urzekająca wrażliwość, nietuzinkowa ekspresja pełna tańca i gestów, płynący i niesamowicie falujący wokal z charakterystycznym vibrato. Banhart żyje muzyką, a jego freak folk wykracza poza jakiekolwiek ramy definicji, dzięki czemu nie przestaje nawet na moment intrygować.
W trakcie koncertu w Warszawie byliśmy świadkami świetnego gitarowego grania, które połączone z teatralnością ruchów i gestów Devendry Banharta, tworzy widowisko kompletne – emocjonalne, osobliwe, szalone i przede wszystkim jakieś. Pozostawiające pozytywny mętlik w głowie. Muzyka i bycie na scenie dają temu 38-letniemu Amerykanowi tyle przyjemności, że zwyczajnie odpływa on gdzieś daleko, a my razem z nim. Piękny koncert.