Swans – To Be Kind (2014), recenzja Bartka Karlickiego

Michael Gira nie próżnuje i zaledwie dwa lata po wydaniu The Seer światło dzienne ujrzał album To Be Kind.Oznacza to, że na przestrzeni raptem czterech lat, które minęły od reaktywacji Swans zespół wydał już  trzeci długogrający album. Przy czym długogrający trzeba rozumieć dosłownie, gdyż płyta trwa ponad dwie godziny.

To Be Kind to album dla ludzi wytrwałych, którzy potrafią spojrzeć na muzykę nie jak na produkt, ale jak na sztukę. Sztukę niezwykle wymagającą, wręcz awangardową. Nie bez powodu mówi się, że spotkanie z twórczością Łabędzi to muzyczne katharsis. Utwory przybierają formę transu, który jednych głęboko dotknie, a innych doprowadzi do szaleństwa.  Materiał z To Be Kind powstawał w czasie koncertów, które zespół dawał na przełomie 2012 i 2013 r. i zdecydowanie słychać to w muzyce. Utwory składają się z powolnych, ciągnących się minutami motywów o improwizowanym charakterze. Niektóre numery są długie, inne bardzo długie, a Bring the Sun / Toussaint L’Ouverture trwa tle, że mógłby być po prostu oddzielną płytą. W czasie występów zdarza im się zresztą jeszcze bardziej  rozciągać strukturę utworów. Sprawia to, że jeden kawałek może trwać nawet godzinę.  Takie nieustępliwe podejście do muzyki przysporzyło zespołowi oddanych fanów, którzy powinni być zachwyceni obecną, wysoką formą Swans.

Ciężko jest o tym dziele pisać w kategoriach poszczególnych utworów, bowiem słucha się go jednym tchem. Jest jak książka, którą czytasz od deski do deski za jednym razem, a gdy już skończysz to nie wiesz co dalej ze sobą zrobić. Zgłębiając się w To Be Kind można wiele usłyszeć, zobaczyć i doświadczyć. Album zaciera granice między zmysłami i w tym kontekście działa jak narkotyk. Tej płyty się nie słucha, tylko doświadcza. Wspomniany Bring the Sun / Toussaint L’Ouverture w pierwszej części narasta przez tak długi czas, że wręcz niemożliwe jest, że muzykom udaje się podtrzymać napięcie. Z kolei gdy przechodzimy do drugiego etapu utworu rozpływamy się w mistycznych dźwiękach i szaleńczej narracji Michaela Giry.

Znajdziemy jednak na To Be Kind również utwory o nieco innej formie, oparte nie tylko na długotrwale żłobiących umysł dźwiękach. Taki jest chociażby plemienny A Little God In My Hands, który  wyrasta z bujającego groove albo Oxygen zbudowany na nietypowym rytmie gitary i perkusji.

Pikanterii całej płycie dodają umiejętnie wykorzystywane ozdobniki. Syntezator czasem przemyka, tworząc delikatne tło albo uderza twardym motywem jak ma to miejsce w Just a Little Boy (for Chester Burnett). Gdzieniegdzie usłyszymy nieśmiało wybrzmiewające dzwonki albo stukające o drogę kopyta koni. Nie wspomnę już o złowieszczym rechocie lidera. Ponadto W kilku utworach swojego głosu użycza Annie Clark, znana szerzej jako St. Vincent.

To Be Kind to dzieło bezkompromisowe, którego nie można słuchać jako tła lub gdzieś w biegu od jednego przystanku do drugiego. Umknie nam wtedy jego sens. Dla tej płyty trzeba mieć czas, wymaga ona bowiem od słuchacza maksymalnego skupienia. Jeśli pozwolimy jej ukazać nam swoje monumentalne oblicze, to zapewni nam maksymalne wrażenia. Zabierze nas w podróż, w którą niewiele wykonawców jest w stanie nas zabrać. Należy jednak uważać. Po drodze łatwo się zgubić, a nawet jeśli wrócimy, to już nie tacy jakimi byliśmy.

Czytaj również