Superorganism – Superorganism (2018), recenzja Zuzanny Janickiej

Podręczniki do biologii definiują organizm jako każdą żywą istotę, która wykonuje wszystkie czynności życiowe. Oddycha, odżywia się, rozmnaża. Patrząc na Superorganism – zbiór komórek z różnych części kuli ziemskiej – chce się do tej definicji dodać także śpiewanie, granie i wymyślanie chwytliwych utworów.

Zespół będący dziś obiektem moich zainteresowań jest prawdziwym dzieckiem Internetu. Właśnie za jego pośrednictwem poznali się członkowie formacji pochodzący z takich państw jak Australia, Nowa Zelandia, Japonia, Korea Południowa i Wielka Brytania. Oprócz szerokości geograficznej różni ich również wiek – najmłodszy członek grupy nie jest jeszcze pełnoletni, najstarszy wkroczył w czwartą dekadę życia. Łączy za to miłość do muzyki i chęć postawienia popowej sceny na głowie.

Takim małym trzęsieniem ziemi jest już otwierające album nagranie It’s All Good. Zespół żongluje tempem, dodaje mówione sample i w końcu serwuje chóralny, wyrazisty (choć oparty jedynie na tytułowych słowach) refren. Mniej zakręconą kompozycją jest rewelacyjne Everybody Wants to Be Famous. Byłoby ono jednym z tych refleksyjnych, indie popowych numerów, gdyby nie zmyślnie wplecione odgłosy kasy i fleszy aparatu.

Innym highlightem krążka jest The Prawn Song –lekko skręcająca w stronę nowoczesnego hip hopu piosenka o surrealistycznej stronie lirycznej. Zespół zdradza nam bowiem, iż nie pogardziłby przeobrażeniem się w… krewetkę. Skąd ten pomysł? Z wykonanego z delikatną pogardą nagrania odczuć możemy zmęczenie jego autorów dzisiejszym społeczeństwem.

Oh, have you ever seen the prawn cause a world war?
Have you ever kissed a prawn; got a cold sore?
Have you ever seen a prawn kick off?
Have you ever seen a prawn in a pair of handcuffs, oh
You people make the same mistakes
Over and over, it’s really kinda dumb, oh
Slow learning is kinda your thing

Do bardziej udanych numerów należą także elektroniczne SPRORGNSM; powolne, sunące Something for Your M.I.N.D.; balladowe (jak na standardy Superorganism), podbite smutkiem Nobody Cares; dream popowe Nai’s March, w którym wbrew pozorom sporo się dzieje (raz czujemy się jak nad jeziorem, za chwilę przenosimy się do… telewizyjnego studia); oraz rytmiczne, słodziutkie Night Time, którym grupa stara się nas zabrać do lat 80. Niezbyt przekonują mnie Relax i Reflections on the Screen. W pierwszym z utworów mało ciekawym wokalizom Orono Noguchi towarzyszą (tak bardzo mijające się z tytułem kawałka) irytujące odgłosy wielkiego miasta. Druga piosenka zwyczajnie nuży.

To, co Superorganism prezentują na swym imiennym, debiutanckim wydawnictwie, ciężko określić mianem czyściutkiego popu. Raz ich muzyka przybiera bardziej elektroniczną formę. Innym razem wyraźniej swoją obecność zaznaczą gitary basowe. A jeszcze gdzie indzie przypomina o synth popie. Wisienką na torcie są wspominane nie raz sample, które przybliżają nam tematykę nagrań. To wszystko składa się na płytę, która od razu zwraca uwagę. Zespół odnalazł zloty środek – niby większość refrenów to radiowe pewniaki, ale grupie udało się pozostać poza głównym nurtem. Cieszy, że projekt wyszedł poza Internet i staje na scenach różnych państw świata. Formacja pojawi się i w Polsce (Open’er) a ja już wiem, że na ich koncercie mnie nie zabraknie. Superorganism jest albumem, który może zrobić wam wakacje.

Czytaj również