Pięć lat temu, tuż po wydaniu Screaming Bloody Murder, mało kto spodziewał się, że na kolejny album Sum 41 przyjdzie nam czekać tak długo. Czas ten, mocno poćwiartowany przez wydarzenia wokół zespołu, okazał się jednak wart czekania, bo 13 Voices spełnia wszelkie standardy, do których na przestrzeni lat Deryck Whibley i spółka przyzwyczaili swoich fanów.
Hello world! I’m alive again!
Relacje ludzi wracających do świata żywych po walce z jakimkolwiek nałogiem niemal zawsze obfitują w sceny rodem z horrorów. Nie inaczej było w przypadku lidera Sum 41, a cały proces powrotu zdecydował się on opowiedzieć w formie płyty. Na 13 Voices usłyszymy wiele o tym jak ciężko jest przezwyciężyć swoje słabości, jak trudno znaleźć odpowiednią drogę do normalności i jak bardzo przydają się wtedy najbliżsi. A gdy ci ostatni zawodzą, należy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że tak naprawdę nigdy nimi nie byli.
Mroczna koncepcja treści albumu mocno przekłada się na odbiór poszczególnych piosenek, bo brak w nich tej beztroskiej radości rodem z All Killer, No Filler czy Underclass Hero. Całość nie brzmi co prawda rewolucyjnie, bo muzycy nie uciekli zarówno od inspiracji, jak i widma poprzednich płyt, niemniej nie można powiedzieć, że na krążku wszystko jest oczywiste.
Zaczynając od A Murder Of Crowns, stanowiącego majestatyczne intro z partiami smyczkowymi w początkowym etapie utworu, Sum 41 stawia na mocne gitary i ciężkie bębny. Chciało by się rzec: klasyka gatunku, ale jest to jedynie półprawda. Zespół bardzo płynnie porusza się po różnych tempach, zmieniając je nawet na przestrzeni pojedynczych piosenek, co przekłada się na brak monotonii. Najlepszym przykładem jest numer Fake My Own Death, z bardzo żywym graniem w zwrotkach, które przepięknie załamuje się w refrenie i daje możliwość złapania lekkiego oddechu. Ta sama rzecz dzieje się w mostku, gdzie początkowe pląsy na gitarze przeobrażają się w regularne maltretowanie zestawu perkusyjnego w morderczo szybkim tempie.
To, czego udało się uniknąć Kanadyjczykom, to brak kierunkowości w brzmieniu. Na Screaming Bloody Murder muzycy niejako narzucili sobie pewien standard gry, co przełożyło się na mocne odejście w kierunki pokrewne metalowi. 13 Voices jest pod tym względem bardziej różnorodne, co słuchać w tak kontrastowych momentach jak Goddamn I’m Dead Again, czerpiącym mocno z punka, a chociażby ciężkim There Will Be Blood; God Save Us All, będącym odniesieniem do twórczości Bring Me The Horizon czy Bullet For My Valentine, a bardzo stonowanym i stosunkowo lekkim War. Taki rozstrzał stanowi kolejny piękny element metafory rozdarcia towarzyszącego wokaliście w trakcie rekonwalescencji, ale równie dobrze może to być tylko moja nadinterpretacja.
Ciekawym pomysłem na wzbogacenie podstawowej wersji płyty okazało się nagranie dwóch numerów w wersji akustycznej (mowa o War i Breaking The Chain). Koncepcja ta wyszła bardzo dobrze ze względu na diametralnie różny charakter aranży, co nadało utworom zupełnie nowej jakości. Proste akordy odgrywane na gitarze akustycznej łagodnie podbijają wokal Derycka, który w wersji unplugged jest kojącym duszę głosem. Czuć w tym wszystkim sporo emocji, a biorąc pod uwagę kontekst biograficzny, otrzymujemy dwie naprawdę rzewne ballady.
13 Voices jest zatem z jednej strony spowiedzią artysty po ciężkich przeżyciach, z drugiej – prztyczkiem w nos w stronę pseudo przyjaciół, a z trzeciej – ciekawą muzycznie gratką dla fanów mocnych, gitarowych brzmień. Płyta mocno inspirująca, dająca energetycznego i motywacyjnego kopa, a to w okresie jesienno-zimowym zawsze działa in plus. No, i ogromne brawa za powrót do rzeczywistości wolnej od narkotyków. Witaj ponownie, Derycku!

