Annie Clark, znana szerzej jako St. Vincent, wydała w marcu swoją, jak do tej pory, czwartą solową płytę. Znana ze współpracy z min. Davidem Byrne’em wokalistka serwuje nam jedenaście syntezatorowo – garażowych utworów, które mają szansę na dłużej zagościć w waszych odtwarzaczach.
Pierwsze co rzuca się w oczy to okładka. Artystka zaserwowała sobie gruntowną zmianę imagu. Zniknęła niewinna dziewczynka znana z okładek poprzednich albumów, a pojawiła się pewna siebie dama w digitalowo – wiktoriańskim stroju, zasiadająca na różowym tronie. Co do muzyki, to znajdziemy na tym krążku, wszystko to co powinna mieć współczesna indie rockowa płyta. Jest nowocześnie, utwory spowija elektroniczna mgiełka, co rusz odzywają się syntezatory albo podniosłe dęciaki, ale żeby nie było zbyt popowo dorzucono brudną, garażową gitarę. Czyli wydawać by się mogło, że mamy idealny przepis na alternatywne wydawnictwo z górnej półki. Jednak to co tak świetnie prezentuje się na papierze, nie wypada już tak dobrze w rzeczywistości. Problem pojawia się w momencie, w którym po raz pierwszy wciskamy przycisk play, okazuje się bowiem, że większość numerów nie robi większego wrażenia. Piosenki przemykają sobie gdzieś w tle, zupełnie nie przeszkadzając. Taka indie rockowa średnia. Jednak, jak to zwykle bywa pojawia się moment, gdy coś chwyta. W moim przypadku był to dopiero utwór numer osiem, czyli Bring me your loves. Gdy już skazałem album na niechybną porażkę, okazało się że znajduje się na nim hicior. Więc co robię? Jak przystało na doświadczonego słuchacza, który zdaje sobie sprawę, że pewne walory artystyczne przyswoić można jedynie dając im trochę czasu, zaczynam wszystko od nowa. Dzierżąc notes w ręku słucham płyty od początku, bo być może coś mi uciekło. Po głębszym wniknięciu w świat dźwięków St. Vincent, odnalazłem urok I prefer your love i doceniłem gitarową, zadziorną końcówkę Huey Newton ( jacyś fani P.J. Harvey? Śmiało, zapraszamy). Ciekawy bit rozpoczyna otwierający album Rattlesnake, jednak to wciąż tylko ładna piosenka. Birth In Reverse to taneczny i radosny utwór, który mógłby w przeszłości być częścią repertuaru The White Stripes. Przyjemnie wypada Prince Johnny i uroczy Severed Crossed Fingers. Jednak już takie Psychopath, czy Every tear disappears są mdłe i jak na utwory pop za mało w nich melodii. Nie przekonuje mnie też wybitnie, promujący album Digital Witness (choć pewnej przebojowości mu nie odmawiam). Plusem tej płyty jest na pewno bogactwo brzmienia. Aranżacje są kolorowe i dodają przestrzeni oraz żywotności, tym w gruncie rzeczy prostym piosenkom. Świetnie zestawiono przesterowaną gitarę z syntezatorem ( który raz uzupełnia jej partie, a raz je po prostu dubluje). Jest tu miejsce zarówno na elektroniczne bity jak i żywą perkusję.
St. Vincent to krążek z momentami. Artystka stworzyła album dopracowany, ze świetną produkcją, jednak zabrakło jej trochę sił na dobry songwritting. Nie przekreślałbym jednak tego wydawnictwa, gdyż fani lżejszej odmiany alternatywy mogą tu znaleźć coś dla siebie. Pomimo, że rok 2014 może nas jeszcze wiele razy pozytywnie zaskoczyć, to Bring me your loves, czy Birth In Reverse mają wszelkie szanse na znalezienie się wśród najbardziej przebojowych singli. Z resztą albumu warto się zapoznać, jednak jeśli ktoś tego nie zrobi, to nic specjalnego mu nie umknie.

