Alizée to niemal książkowy przykład tak zwanego one hit wonder. Wokalistka już chyba nigdy nie uwolni się od piosenek Moi… Lolita oraz L’Alizé pochodzących z jej debiutanckiego krążka. Owe single stały się sporymi przebojami na całym świecie. Za nimi poszedł także sukces całego albumu. Kolejne płyty przepadały. Alizée nie wydała już tak wielkiego hitu. Jej notowania nieco poprawiły się w ubiegłym roku, kiedy to wystąpiła we francuskiej wersji Tańca z gwiazdami. W kraju ponownie zaczęto się nią interesować. To doprowadziło do szybkiego powrotu wokalistki do studia i… nagrania najsłabszego longplaya w całej muzycznej karierze.
Alizée sprawia wrażenie niezwykle miłej i sympatycznej dziewczyny. Popatrzcie tylko na jej zdjęcia (te starsze, w blondzie wygląda źle). Jak tu nie polubić tak ładnej, uśmiechniętej osoby? Jej osobowość odbiła się na muzyce. Od pierwszego krążka – udanego, interesującego Gourmandises – łączy pop i muzyką taneczną z elementami elektroniki. Dziś album przeszedłby prawdopodobnie bez echa, lecz te kilkanaście lat temu to było coś nowego, innego, niespotykanego. Nie dziwi mnie jego sukces. W pełni zasłużony. Mniej podoba mi się drugi krążek Francuzki, Mes Courants Électriques. Doceniam natomiast Psychédélices oraz elektroniczne Une enfant du siècle. Pomogły Alizée dojrzeć, stać się świadomą artystką. Pięknie przedstawia się także orkiestralne, zeszłoroczne 5. Szkoda, że po tak udanych krążkach wokalistka zaserwowała nam koszmarne Blonde.
Album Blonde utrwala wszystkie stereotypy o blondynkach. Znamy je dobrze. Kobiety o blond włosach uważa się za głupie, bezmyślne i co by nie tylko. Te określenia idealnie pasują do szóstego krążka wokalistki. Znajdziemy tu piosenki w dużej mierze taneczne, przebojowe. Szkoda tylko, że są to skrajnie nieoryginalne nagrania. Taką płytę mogłaby nagrać co druga piosenkarka.
Krążek otwiera kawałek tytułowy. Jest to jeden z najgorszych i najbardziej plastikowych utworów na płycie. Alizée brzmi bardzo słabo, kiczowaty, taneczny bit przyprawia o ból głowy. Prawdziwą porażką jest jednak tekst tego nagrania. Wokalistka śpiewa, jak to świetnie być blonde i byśmy strzegli się tych farbowanych. Lecz i tak moim „ulubionym” fragmentem pozostaje:
Fais tes comptes Il y a combien des brunes sous les blondes?PL: Porachuj to sobie Ile jest brunetek w stosunku do blondynek?Nieco lepszą piosenką jest drugi singiel – Alcaline. To dosyć stonowany, choć nadal imprezowy numer. Pod względem melodycznym prezentuje się całkiem nieźle. Wszystko psuje jednak okropna obróbka głosu artystki w refrenie.
I tu dochodzimy do chyba największej porażki albumu. Auto-tune. Jest tu go dużo, bardzo dużo. Ale pytam się: po co? Rozumiem takie zabiegi u Ke$hy czy Katy Perry, które śpiewają słabo, ale czemu u Alizée? Wokalistka przecież ma spore możliwości i nawet na Blonde udowadnia, że śpiewanie idzie jej dobrze (Mon planeur). Mimo tego bawi się w zupełnie niepotrzebne komputerowe kombinacje z wokalem.
Wracając do samych kompozycji – ich sytuacja jest tu naprawdę dramatyczna. Zupełnie brak tu bowiem wyważenia, pomysłu i subtelności. Komputerowe obróbki zarówno melodii, jak i wokalu brzmią tandetnie oraz przyprawiają słuchacza o grymas. W spokojniejszych kawałkach zatracono też granicę. Za dużo w nich elektronicznych „upiększeń”, za mało ładnych, niewymuszonych melodii. I właściwie znalazł się tu tylko jeden utwór, na który rzeczywiście warto zwrócić uwagę. Jest to delikatna kompozycja Mon planeur, nieco wyłamująca się ze schematu wtórnych, nijakich, klubowych kawałków. To jedyna piosenka na Blonde, w której nie uświadczymy głupkowatych, tanecznych podkładów czy syntezatorów. Ballada opiera się na pięknym brzmieniu pianina. Wokal Alizée jest stonowany, dziewczęcy, ale bardzo uroczy i nienarzucający się. Choć nie jest to wybitne osiągnięcie w jej twórczości, brakuje mi na longplayu utworów właśnie w takim stylu.
Pozostałe utwory są, jakie są. Czasem spokojne, ale wciąż podszyte elektronicznymi bitami (Seulement pour te plaire), innym razem w pełni taneczne, radosne, lecz zwyczajnie męczące i wywołujące grymas na twarzy (Charles est stone, K.-O.). Prawdziwy koszmar mamy w Mylène Farmer, utworze dedykowanym niegdysiejszej mentorce. Wokalistka sięga w nim po dubstep, tworząc chaotyczny, przekombinowany kawałek z okropnym refrenem. O takich piosenkach jak K.-O. czy Tweet nie warto nawet wspominać. Sztuczne, plastikowe… jak cała reszta Blonde.
Po singlowym Blonde wiedziałem mniej więcej, czego mam się spodziewać. Nadal łudziłem się jednak, że płyta zaoferuje mi coś więcej niż ładną balladę Mon planeur czy całkiem przyjemne Alcaline. O reszcie piosenek aż trudno mi pisać. Są do bólu wtórne, syntetyczne i przetworzone komputerowo. Auto-tune woła o pomstę do nieba, tym bardziej, że fragmenty, gdzie głos Alizée nie był upiększany syntezatorami, brzmią dobrze. Brak mi tu także choćby jednego godnego następcy utworów takich jak Mon Maquis, Limelight czy chociażby Je veux bien. Reasumując, longplay jest tak sztuczny jak włosy i uśmiech piosenkarki na jego okładce. Wielka szkoda.

