Sóley wystąpiła w Poznaniu, relacja Zuzanny Janickiej

Muzyka islandzka, jak nie raz już wspominałam, ma w naszym kraju spore grono odbiorców. W końcu dopiero co swoje trzy koncerty wyprzedała u nas grupa Vök (relację z poznańskiego występu formacji możecie przeczytać klikając tutaj), więc z tym stwierdzeniem nie ma się co kłócić. Agencja Automatik postanowiła jeszcze troszkę porozpieszczać miłośników najzimniejszego europejskiego państwa i zaprosiła ich na koncerty Sóley. To pierwsze występy artystki w naszym kraju od 2015 roku.

Islandzka wokalistka karierę rozpoczęła w 2006 roku, występując przez chwilę z zespołem Seabear (wydała z nim dwa krążki: The Ghost That Carried Us Away w 2007 roku i We Built a Fire w 2010 roku). Wcześniej zaś studiowała na akademii muzycznej, doskonaląc grę na pianinie. Instrument ten jest stale obecny w jej kompozycjach, pojawiając się częściej (debiutancka płyta We Sink, 2011 rok) lub rzadziej, nawiązując przy okazji we współpracę z innymi instrumentami (np. Ask the Deep, 2015 rok).

Nowa trasa koncertowa Sóley, w której ramach odwiedziła trzy polskie miasta, odbywa się w ramach promocji trzeciego długogrającego dzieła wokalistki – Endless Summer. Tytuł płyty jest piękny (kto z nas nie marzy o tym, by lato trwało wiecznie…), choć w kontekście kraju, z którego pochodzi Sóley brzmi dość ironicznie, pokazując, że artystka ma poczucie humoru. Sam koncert dodatkowo potwierdził słowa, jakie słyszałam o niej od dawna – że jest ciepłą, uroczą osobą, że lubi sobie pogadać między piosenkami, że po występie nie zamyka się na backstage’u.

Poznański koncert Sóley zorganizowany został w Aula Artis – sali przypominającej teatralną. Dopiero co podobne (lecz bardziej okazałe) miejsce miałam okazję odwiedzić przy okazji występu Brodki. Muzyczne przedstawienia obu wokalistek różnią się jednak diametralnie. Sóley to uosobienie spokoju. Jej kompozycje są bardzo oszczędne i minimalistyczne. Kojarzą mi się raczej z… kołysankami oraz utworami, za które odpowiedzialne są m.in. takie kobiece głosy jak Agnes Obel czy Laura Marling. Nie ma w nich miejsca na przebojowe refreny. Na scenie artystce towarzyszy niewielki zespół, składający się z gitarzysty, perkusisty, akordeonistki i keyboardzistki. Sama wokalistka przez cały koncert przygrywa sobie na klawiszach, na chwilę tylko łapiąc za gitarę akustyczną i elektroniczne urządzenie, pozwalające jej do jednej z piosenek (było nią I’ll Drown) nagrać w kilka sekund podkład, który zapętlony odtwarzany był przez cały kawałek.

Podczas trwającego nieco ponad godzinę występu Sóley zaprezentowała nam nie tylko kompozycje ze swojej najnowszej, jeszcze ciepłej płyty Endless Summer (m.in. Úa, Never Cry Moon, Sing Woods of Silence, Traveler), ale i przypomniała kilka, jak sama ze śmiechem stwierdziła, hitów z dwóch poprzednich wydawnictw, wśród których pojawiły się takie tytuły jak Pretty Face, Dreamers i Kill the Clown. Każdy z numerów publiczność nagradzała gromkimi brawami. Jeśli podobnie było na jej poprzednich koncertach w Polsce, przestają dziwić zapewnienia Sóley, że kocha nasz kraj, bo ludzie są mili. Próbowała nawet nauczyć się kilku podstawowych słów, nieźle radząc sobie chociażby z dzień dobry, lecz poddając się przy kocham cię.

Na koniec nie zabrakło obiecanych autografów, które, mimo później pory, wokalistka z uśmiechem i bez oznak zmęczenia składała w holu na dziesiątkach egzemplarzy swoich płyt. Mam i ja.

Polskie przystanki Sóley:

  • 18.05. Poznań, Aula Artis
  • 19.05. Warszawa, Klub Niebo
  • 20.05. Katowice, Kino-Teatr Rialto

Support: Josin

Czytaj również