Upalne lato, piaszczyste plaże i delikatny szum oceanu – właśnie tak można najlepiej oddać ducha najnowszego krążka Lorde. Była to niewątpliwie najgorętsza premiera tego roku. Rosły nie tylko emocje, ale również oczekiwania wobec płyty. Po czterech latach artystka wraca z nową, słoneczną, energią, ale to już nie ta sama Lorde, którą pokochały miliony.
Słoneczna energia figuruje nie tylko w tytule, ale towarzyszyła przy promocji płyty. Wokalistka znana jest ze swojej niechęci do social mediów i tego, że w Internecie przebywa niezwykle rzadko. Stworzyła za to platformę do kontaktu ze swoimi fanami – newsletter, który od czasu do czasu przychodził na wybrane skrzynki. Za jego pomocą opisywała swoje emocje i uczucia, a nawet zdradzała drobne szczegóły dotyczące płyty. Dowiedzieliśmy się choćby tego, że pierwotnie miała wyjść wcześniej, lecz opóźniła ją żałoba po psie Lorde. Nowa era na dobre rozpoczęła się 11 czerwca – w dzień zaćmienia Słońca. Wówczas światło dzienne ujrzał pierwszy, tytułowy singiel: Solar Power.
Solar Power stanowi znaczny kontrast wobec dawnych utworów Lorde i otwiera drzwi do nowej, szczęśliwej kobiety, która wyrosła z młodzieńczego buntu i cieszy się prostym życiem. Stąd lekkie, folkowe brzmienie inspirowane latami 60. Choć spotkało się ono z dość krytycznym odbiorem, sam uważam, że był to dobry wybór na wiodący singiel. Świetnie wprowadza w świat nowej płyty, która (z założenia) właśnie taka miała być: jak słoneczny dzień przy oceanie, z dala od zgiełku codziennego, szalonego życia i technologii. To w nim Lorde przedstawia, jak wyglądały jej ostatnie tygodnie.

Dla tych, którzy liczyli na melancholijny materiał w dawnym stylu, jest kolejny singiel – Stoned at the Nail Salon. W przejmującej balladzie artystka rozlicza się z dorastaniem i zmianą swojego patrzenia na świat – z czym wiąże się też zmiana jej stylu muzycznego. Akustyczny kawałek to ten najwolniejszy, najsmutniejszy moment na płycie. Chwila refleksji nad mijającym czasem i uciekającą młodością. Ostatnim singlem został Mood Ring, kolejna lekka, nieco popowa kompozycja, w której to Lorde pochyla się nad popularną ostatnio wellness culture, która traktowana jest w powierzchowny sposób. Przyznaję, że jest to najbardziej ekscytujący moment na płycie z uwagi na brzmienia, również inspirowane psychodelicznym folkiem lat 60. Dobór tych trzech singli dał mi mylne wrażenie na temat całego albumu. Już po samym Solar Power wiedziałem, że artystka obrała zupełnie inną ścieżkę niż wcześniej (co swoją drogą zawsze doceniam), jednak poszła w jeszcze inną stronę. Wiadomo, to nie jest już zbuntowana nastolatka o złamanym sercu, która przelewa swoje emocje w muzykę. Stała się dorosłą kobietą, która dba o zdrowie psychiczne, spędza czas z najbliższymi i wspomina dawne czasy, które już nie powrócą. Proste życie przyniosło proste dźwięki. Moim zdaniem – zbyt proste.
Album otwiera The Path. To w nim Lorde wspomina swoje życie kilka lat wstecz i gorzko stwierdza, że to nie w artystach należy szukać zbawców, a w naturze i głębi siebie. Pierwszy utwór wypełnił mnie nadzieją, że będzie to lekki, eteryczny album, ale z odrobiną szaleństwa – perkusji, saksofonu i innych nieoczywistych instrumentów. Niestety, z każdą kolejną piosenką było już tylko gorzej. Chciałbym się o nich szerzej wypowiedzieć, lecz nie potrafię. Dlaczego? Są one do siebie na tyle podobne, że trudno je rozróżnić, nawet po kilka przesłuchaniach. W każdej z nich tłem staje się ciche brzdąkanie akustycznej gitary, która z czasem staje się męcząca, a nie relaksująca. Granica pomiędzy albumem spójnym a powtarzalnym jest naprawdę cienka i bardzo łatwo można ją przekroczyć. W tym przypadku wydawało mi się, że słucham przez czterdzieści minut tego samego utworu z niewielkimi modyfikacjami. Solar Power – z założenia twór lekki i eteryczny – jest muzycznie niesamowicie nużący. Brakuje mi wielowymiarowości, z której dawniej słynęła Lorde. Tu, wszystko opiera się na tych samych dźwiękach, tym samym sposobie śpiewania. Myślałem, że potrzebuję czasu, by go zrozumieć i docenić. Jednak po kilku przesłuchaniach nadal nic z niego nie wyniosłem, jedynie bardziej się nim znudziłem. Odniosłem wrażenie, że nie jest to płyta do bezpośredniego słuchania dla przyjemności, a raczej do tego, by lecieć w tle podczas spotkania z przyjaciółmi, czy dnia na plaży. Bo letniego, słonecznego klimatu nie mogę jej odebrać. To zadanie Lorde wykonała bardzo dobrze. Na pewno jest to album, który przywodzi na myśl ciepłe, beztroskie dni skąpane w słońcu.

Nie mogę nie wspomnieć o linii melodycznej Stoned at the Nail Salon, która niebezpiecznie mocno przypomina pewien fragment z Wild at Heart Lany Del Rey. Za produkcją płyt obu artystek stoi Jack Antonoff, więc prawdopodobnie stąd wziął się ten moment. Brzmią one praktycznie identycznie. Swoją drogą, Jack współprodukował inne folkowe albumy – najnowszą Clairo, czy Taylor Swift. Muzyczna moda na takie brzmienia trwa już od ponad roku i naprawdę trudno zrobić to w dobry, interesujący sposób. Szkoda, że również Lorde poszła w tym kierunku, gdy na rynku panuje przesyt tym gatunkiem. Tęsknię za czasami, gdy to ona wyznaczała trendy, a nie bezmyślnie za nimi podążała. Być może naprawdę czuje ten klimat i pomysł kiełkował w niej od dawna, lecz robi to jak wszyscy inni. Brakuje mi tu wyraźnego punktu, który oddzielałby ją grubą kreską od innych indie artystów. Solar Power brzmi jak każdy inny folkowy album, a nie jakościowy materiał Lorde, na który czekaliśmy aż cztery lata.
Również teksty nie są tak jakościowe jak dawniej. Lorde przyzwyczaiła nas do niebanalnej, zaskakującej tematyki swoich utworów. Można było je odczytywać na wiele różnych sposobów i zostawiała pewną furtkę dla słuchacza, który mógł dodać coś od siebie. Solar Power jest proste nie tylko muzycznie, ale też lirycznie. Większość piosenek traktuje o jej dojrzewaniu emocjonalnym, radzeniu sobie z brzemieniem sławy oraz sukcesu w tak młodym wieku. Co więcej, ważną rolę odgrywa tu natura oraz nawet ekologia. Słowa są jednak bardzo proste i bezpośrednie. Wiem, że stać ją na więcej, gdyż jest utalentowaną tekściarką. Która – celowo bądź nie – poszła po linii najmniejszego oporu. Trudno mi jednoznacznie ocenić ten minimalizm. Z jednej strony pasuje on do ascetycznych melodii, z drugiej jednak – gdy wszystko jest podane na tacy, traci swoją magię.

Nie lubię oceniania nowych dzieł artystów przez pryzmat tych poprzednich, lecz nie sposób nie patrzeć na wspaniałą, muzyczną przeszłość Lorde. Zarówno Pure Heroine i Melodrama stały na najwyższym poziomie i były albumami przełomowymi. To inni muzycy czerpali z nich inspiracje i chcieli być jak ona. W przypadku Solar Power role się odwróciły. Teraz to Lorde czerpie z tegorocznych trendów, przez co jej materiał wydaje się być miałki i monotonny. Nie tylko nie przeskakuje wyznaczonej przez siebie poprzeczki, lecz nie dorównuje jej nawet w połowie. Koncepcja płyty inspirowanej słońcem miała ogromny potencjał – i muzyczny, i liryczny – szkoda, że tak mocno zmarnowany. Z żalem muszę stwierdzić, że moje największe rozczarowanie tego roku, bo przez single liczyłem na naprawdę dobry materiał. Co dostałem? Czterdzieści minut akustycznej gitary, monotonnych brzmień i prostolinijnych tekstów. Solar Power to największy regres muzyczny z jakim się spotkałem. A szkoda, bo Lorde stać na wiele więcej.
- Data premiery: 20 08 2021
- Single: Solar Power, Stoned at the Nail Salon, Mood Ring
