Site icon All About Music

Skazani na śmierć – Czy powinno się wydawać pośmiertne płyty artystów? Felieton Kuby Koziołkiewicza

Wydawanie płyty danego artysty po jego śmierci to temat, który zawsze będzie dzielił fanów muzyki na trzy części. Od tego nie da się w żaden sposób uciec. Jedni będą patrzyli na tę kwestię z etyczno-romantycznego punktu widzenia, którzy postrzegają muzykę jako wartość nadrzędną i nieskażoną pieniężnymi bakteriami. Drudzy będą stali w zdecydowanej opozycji twierdząc, że piosenki i płyty tworzy się tylko dla zarabiania pieniędzy. Ta ostatnia grupa to osoby spoglądające na to zagadnienie panoramicznie, z szerszym obiektywem, potrafiące zrozumieć argumenty zarówno jednych, jak i drugich.

Muzycy mają to do siebie, że umierają. Mimo, że niejednokrotnie postrzegamy ich jako bóstwa i istoty nadludzkie, one jednak nadal są tacy sami, jak my. Są skazani na śmierć. Jedni odchodzą w bardzo młodym wieku, inni w towarzystwie dorosłych dzieci i wnucząt. Po sobie, prócz bogactwa, pozostawiają równie cenne dziedzictwo – muzyczną twórczość. Co z nią wtedy zrobić? Spuścić w kiblu z innymi pamiątkami zebranymi na przestrzeni artystycznej działalności, czy przekazać ją w obieg, aby miłośnicy mogli usłyszeć premierowy materiał idola, którego już nigdy nie ujrzą na scenie?

Dajcie mu odejść w spokoju, pozwólcie mu spokojnie leżeć w grobie, przecież nie wypada zarabiać na śmierci artysty – ileż tego typu komentarzy naczytałem się w sieci za każdym razem, gdy pojawiała się informacja, że na rynku ukaże się nowa płyta wykonawcy, który od miesięcy lub lat leży sześć stóp pod ziemią (lub w jakimkolwiek innym miejscu pochówku – np. prochy Kurta Cobaina zostały porozsypywane w dwóch różnych miejscach związanych z jego stosunkowo krótkim żywotem. Część „ciała” muzyka przechowuje jego żona Courtney Love. Plotka głosi, że w różowym plecaku w kształcie misia). Gdybym swoją tezę na ten temat budował jedynie na tego typu internetowych wpisach, to okazałoby się, że mniej więcej połowa ludzi spogląda na kwestię publikowania premierowego albumu np. Michaela Jackosna po 2009 roku w sposób zdecydowanie negatywny. Cóż, mają do tego prawo. Jednak w tych wszystkich dyskusjach zapomina się o kluczowej sprawie – to wytwórnia, a nie spadkobiercy artysty, czy jego zespołowi koledzy, decyduje o takiej publikacji. Jedynie sześciu artystów, w tym m.in. Sex Pistols, Foo Fighters, czy U2, ma pełne prawa do swojego katalogu muzycznego. Reszta z nich, czyli generalnie coś koło 99,99999999999999999999999999999999999999999999999999999999999999% wszystkich wykonawców zależna jest od swojej wytwórni. Nie tylko do „usranej śmierci”. Na zawsze.

Do tego momentu mamy chyba jasność – nie uciekniemy od pośmiertnych wydawnictw muzycznych. Nieoprawni romantycy muszą: a) się z tym pogodzić; b) strzelić sobie w łeb; ewentualnie c) nie używać strzelby lub pistoletu i znaleźć złoty środek. W jakiej postaci? Nie wiem, bo na szczęście nie należę do tych osób. Skoro mamy niemalże stuprocentową pewność, że za jakiś czas na rynku ukaże się nowa płyta Michaela Jacksona i Whitney Houston to chyba warto zastanowić się, co należy zrobić, by tego typu albumy z góry nie były traktowane jak palenie grobu wykonawcy i ograbianie go z pieniędzy.

W moim odczuciu jedynym eleganckim potraktowaniem zmarłego i stylowym wyjściem z tej zawsze budzącej pewien dyskomfort sytuacji jest zadbanie o to, by zawartość albumu utrzymywała poziom danego piosenkarza czy zespołu. Generalnie w większości przypadków ten punkt można odhaczyć. Płyta Xscape MJ’a według mnie spełniała taki wymóg. Oczywiście daleko jej do takich klasyków jak Thriller, Bad czy HIStory, ale umówmy się – Michael wydał za swego żywota arcydzieła, ale też płyty po prostu dobre. Jego ostatni krążek do takich na pewno należy. Kolejnym przykładem może być grupa Queen. Brytyjczycy od śmierci Freddiego wydali kilka płyt z jego wokalami. W mojej opinii najlepsza z nich to Made In Heaven, opublikowana 4 lata po jego śmierci, która przez wielu fanów uważana jest za dzieło przez duże „D”. Osobiście byłoby mi bardzo przykro, gdyby ze studyjnych progów nigdy nie wydostała się przepiękna ballada Made In Heaven, czy nieco taneczne You Don’t Fool Me. Aktualnie duet MayTaylor, który zajmuje się zarządzaniem dziedzictwem grupy Queen, prowadzi ciekawą politykę wydawniczą swojego zespołu. Rok temu na rynku pojawiły się dwa ciekawe wydawnictwa – kompilacyjne Queen Forever i koncertowe Live at Rainbow ’74. Kilka tygodni temu na sklepowe półki trafił kolejny zapis koncertu, A Night at the Odeon – Hammersmith 1975 (moja recenzja płyty ukazała się wczoraj na naszym portalu). Wydawnictwa te na pewno nie przyniosły ujmy ani zespołowi, ani Freddiemu.

Niestety powyższe przykłady nie są regułą. Czasem zdarza się, że do ogólnej dystrybucji trafia płyta, która nie powinna zostać przekazana nawet w ramach prezentu świątecznego dla najbliższych muzyka, a co dopiero do ludzi na całym globie. Na ten moment prym wiedzie Montage Of Heck: The Home Recordings.

Krążek ten przedstawiany jest jako soundtrack do biograficznego filmu o liderze Nirvany, ale też solowy album muzyka. Nie chce się zagłębiać w ten wątek, bo od wczoraj na All About Music znajduje się moja analiza tej płyty, więc chętnych odsyłam do niej, lecz żeby zapełnić jakoś warstwę merytoryczną dzisiejszego felietonu i pokazać, że nie zawsze pośmiertna płyta artysty to dobra płyta, napiszę tylko tyle – ten album to splunięcie, zebraną z głębokiego przełyku flegmą, w twarz Kurta Cobaina. Takich rzeczy nie powinno robić się żadnemu artyście, a zwłaszcza tak zasłużonemu jak on.

Płyty wydane po śmierci danego artysty były, są i będą. Tego wymaga nie tylko branża muzyczna, która chce zarabiać na swoich kasowych podopiecznych, ale też polityka dziedziców muzyka lub jego zespołowych kolegów. Każde nowe wydawnictwo pozwala nadal funkcjonować na rynku. Jeżeli jest dobre i przy okazji firmowane nazwiskiem powszechnie znanym, jest niemalże skazane na finansowy sukces. Ekonomiczny punkt widzenia jest chyba jasny. Teraz czas na ten, powiedzmy, bardziej etyczny. Może będę zbyt ostry i bezduszny, ale trudno – artyści z momentem podpisania kontraktu z wytwórnią zgadzają się na zawarte w nim zapiski. Te sytuację porównałbym do przekazania swojego dziecka z zaznaczeniem, że każda ważniejsza decyzja związana z jego istnieniem nie będzie podejmowana przez jego rodziców, tylko szefów w garniturach od Armaniego. Jest to bardzo niekomfortowe ale cóż – taki jest właśnie świat muzyki.

P.S. W kontekście dzisiejszego tekstu nie mogę nie wspomnieć o Jimim Hendrixie. Ten genialny gitarzysta zmarł 18 września 1970 roku po uduszeniu się własnymi rzygami. Od jego odejścia wydano aż 10 pośmiertnych płyt. Ostatnia z nich, zatytułowana People, Hell and Angels, pojawiła się na rynku w 2013 roku. 43 lata po śmierci jej autora.


Exit mobile version