Jeżeli jeszcze czujecie mało jesieni w sobie i w przemoczonych butach, ale powoli dociera do Was fakt, że ona już jest za oknem i czai się na drzewach strącając ostatnie pożółkłe liście to powiem Wam, że pojawił się taki album, który będzie idealnym soundtrackiem do obrazów dziejących się wokół przez co najmniej kilka najbliższych miesięcy. Właściwie ta recenzja powinna być dostępna w dwóch wersjach. Pierwsza skierowana do tych co doskonale kojarzą duet Skalpel, druga dla tych, którzy kojarzą tą nazwę bardziej z Chodakowską i kilka słów wprowadzenia pomogłoby im w pierwszym podejściu.
Ja jestem w tej pierwszej grupie, która zna twórczość Igora Pudło i Marcina Cichego od bardzo dawna. Jako wielki fan wytwórni Ninja Tune, zawsze z patriotyczną dumą patrzyłem na zakładkę Artists i szukałem słowa Skalpel pomiędzy takimi nazwami jak Bonobo, Emika, Cinematic Orchestra, Coldcut czy Herballiser. Druga kwestia jest taka, że rok temu podczas krakowskiego finału festiwalu Sacrum Profanum na żywo usłyszałem i zobaczyłem (nieprzypadkowe stwierdzenie) ich wersję utworów Lutosławskiego i moja miłość do duetu powróciła ze zdwojoną siłą. Teraz powracam do tej drugiej grupy, która nie ma pojęcia, co ten duet tworzy. Otóż wyobraźcie sobie, że odgrzebujecie stare polskie jazzowe płyty winylowe, postanawiacie je przesłuchać, ale nie lubicie, gdy coś brzmi archaicznie, więc mówicie: – fajnie by było dodać trochę współczesnej elektroniki. No i właśnie stworzyliście Skalpela. Minęło dziesięć lat od ostatniego pełnego wydawnictwa duetu – Konfusion. W międzyczasie Igor Pudło, jako Igor Boxx działał solowo, panowie wspólnie gościli na najważniejszych imprezach muzycznych, a w maju pokazali się EP zatytułowaną Simple. Wiosną dostaliśmy namiastkę tego, co miało nas czekać jesienią. Nerwowo tupałem nogami i przesłuchałem masę nieciekawych płyt w międzyczasie, żeby w końcu z zapałem wrzucić do nośnika Transit. Zapadłem się w fotel, zrobiłem sobie kubek mocnej herbaty, owinąłem kocem, odpaliłem i popłynąłem. Tak, to jest najlepsze stwierdzenie. Z płytą Transit się płynie. Jest jazzowo, chilloutowo, ambientowo, a polski jazz wraz z nowym albumem popłynął w stronę muzyki świata. Przykładowo Saragossa przepełniona jest nieco wschodnimi brzmieniami, może ciut arabskimi, a tytułowy Transit za to uderza mocno w rytmikę mambo. Właściwie patrząc na tytułu utworów możemy się już zorientować, że jest to podróż dookoła świata w różnych porach roku. Jest Snow – na ten jesienny moment najczęściej goszczący w moich głośnikach utwór z płyty. Melancholijny, spokojny, momentami niepokojący i po raz kolejny to zaznaczę – płynący. Mamy śnieg, mamy również Sea – chilloutowe brzmienie rodem z knajpek Cafe Del Mar usytuowanych na plaży. Generalnie płyta nie może rozczarować. Jeżeli jesteście fanami Skalpela ucieszy Was to, że ten stary, dobry duet gra dalej podobnie i w dodatku ewoluował zaskakując wielokrotnie łamanymi brzmieniami na płycie. Jeżeli będzie to Wasze pierwsze podejście do Skalpela, ostrzegam, nie jest to łatwa muzyka. Trzeba się przyzwyczaić i dać ponieść, a na pewno będziecie wdzięczni za rekomendację. Dla mnie w tym momencie ta płyta jest idealnym podkładem do czytania książki i zerkania w zapłakane deszczem okno. W sumie ta muzyka ma w sobie tyle ciepła, że na ogrzewaniu zaoszczędzę w tym roku. Dla wszystkich miłośników nu-jazzu to pozycja obowiązkowa. Dla amatorów takich brzmień, być może początek niezapomnianej przygody przez nuty wyrwane z kontekstów muzyki świata.
Rozkoszujcie się pięknym jazzem razem z tańczącym Cybulskim:
https://www.youtube.com/watch?v=rOnBuq8ogh8
p.s.
Dziękuję managerce Skalpela Ani za udostępnienie albumu i materiały prasowe!

