Sarah Brightman – Hymn (2018). Recenzja Jakuba Kopanieckiego

Przebój Time To Say Goodbye zna chyba każdy, a musical Upiór w Operze to już prawdziwa legenda gatunku. Co łączy te dzieła? Sarah Brightman, wybitna, brytyjska sopranistka, która od niemal czterech dekad skutecznie łączy świat sztuki wysokiej z popkulturą, a najnowszy album Hymn demonstruje niesłabnący potencjał jej twórczości.

Muzyka Brightman nie należy z pewnością do łatwych i szybkich w odbiorze. Poprzez łagodność swojego brzmienia może posłużyć za kojące tło codziennych czynności, ale wystarczy poświęcić chociaż chwilę uwagi, by przenieść się do innego świata, w którym i koneser, i laik znajdzie coś mu bliskiego. Hymn powstawał długo i w niesprzyjających okolicznościach – po trasie koncertowej promującej entuzjastycznie przyjęty przez krytyków album Dreamchaser (2013), piosenkarka poświęciła się przygotowaniom do wylotu na Międzynarodową Stację Kosmiczną, gdzie, jako pierwsza osoba w historii, miała dać występ. W związku z narastającymi problemami organizacyjnymi, jak i osobistymi, Sarah Brightman zmuszona była zrezygnować z udziału w inicjatywie, co pozostawiło ją w nienajlepszej kondycji emocjonalnej. Ukojenie znalazła w muzyce.

https://www.youtube.com/watch?v=yZN34Tk-H9g

Hymn swoim charakterem przypomina pierwsze i uważane za najlepsze albumy artystki – Timeless (1997) oraz Eden(1998). To muzyczne poszukiwanie ukojenia i optymizmu w dystopijnym, nieprzyjaznym świecie. To również bogactwo zaskakujących inspiracji, gdyż, jak Sarah Brightman ma w zwyczaju, nowy materiał łączy z wcześniej napisanymi kompozycjami, często z zaskakująco odległych krańców muzycznego spektrum. Trudno uwierzyć, ale tytułowy utwór Hymn pochodzi z repertuaru rockowego zespołu Barclay James Harvest. Interpretacja Brightman przywodzi na myśl Rydwany Ognia Vangelisa dzięki swemu bogatemu, symfonicznemu brzmieniu i górującej nad wszystkim partii waltorni. W istocie, utwór jest głęboko hymniczny i potrafi podnieść na duchu w najbardziej ponury nawet dzień. Wtóruje mu zdecydowanie bardziej operowe Sogni, będące połączeniem dwóch arii z oper Georgesa Bizeta, w którym to piosenkarka razem z francuskim tenorem Vincentem Niclo demonstrują w pełnej okazałości swoje fenomenalne głosy, przenosząc nas na przyciemnioną widownię teatru operowego.

Sky and Sound, czy umieszczona nieco później Better is One Day to typowe dla Brightman lekkie, popowe przerwy w symfonicznych uniesieniach. Kompozycjom nie można odmówić uroku, równie dobrze mogłyby trafić do repertuaru takich div adult and contemporary jak chociażby Celine Dion. Same w sobie nie powalają może na kolana, ale fakt, że pierwsza z nich pochodzi od niemieckiego DJa Paula Kalkbrennera, zasługuje na uznanie. Mocnym akcentem jest natomiast Fly to Paradise, wykonane pierwotnie przez Wirtualny Chór Erica Whitacre’a. W materiale wyjściowym zmieniono najmniej spośród wszystkich coverów zawartych na albumie, ba, chóry pochodzą bezpośrednio z oryginału, ale mocne brzmienie gitar elektrycznych zamiast syntezatorów przeniosło mnie na chwilę do świata Fleurs du Mal z płyty Symphony (2008), mojego ulubionego utworu artystki, ocierającego się brzmieniem o metal symfoniczny.

https://www.youtube.com/watch?v=7YGaNkYeq1k

Mieliśmy operę, mieliśmy pop, mieliśmy rock, ale Hymn jest dużo bardziej zróżnicowany. Follow Me przywodzi na myśl album Harem(2003), przenosząc nas na bliski wschód, pachnąc kadzidłami i oślepiając nas złotą biżuterią. Spokojny, uwodzicielski śpiew Brightman skontrastowano z bogatym brzmieniem gitar i orkiestry oraz hipnotyzującej partii perkusji. Utwór ma bez wątpienia zadatki na muzykę filmową. Również Miracle, podniosła, dramatyczna kompozycja z repertuaru japońskiej artystki Yoshiki zabiera nas w inne rejony świata muzyki, może nie tak egzotyczne, ale niezmiennie pełne wrażeń i równie filmowe.

Na koniec Sarah Brightman sięga po przebój wszech czasów – Time To Say Goodbye. Nie jest to jednak wyłącznie odświeżone wykonanie piosenki. Artystka napisała zupełnie nowy tekst, w całości po angielsku, dając wyraz swoim uczuciom i doświadczeniom ostatnich kilku lat. Biją z niego zarówno olbrzymia, wewnętrzna siła, jak i zaskakujący spokój – idealne podsumowanie i swoista klamra spajająca album.

https://www.youtube.com/watch?v=a1fit4YSNkA

Hymn to wręcz modelowy dla Sarah Brightman album. Znajduje miejsce i dla muzyki klasycznej, i dla utworów popowych, a ciepły sopran artystki niezmiennie zachwyca. Skąd zatem taka ocena? Płyta jest piękna, bez wątpienia i w ogólnym rozrachunku trudno wytknąć jej jakieś konkretne potknięcia czy błędy. Jest jednak bezpieczna w swoim zamyśle, nie wykracza tak znacząco poza strefę komfortu piosenkarki, jak miało to miejsce na dwóch poprzednich krążkach, a muszę przyznać, że podjęte tam ryzyko odpłaciło się z nawiązką. Wiele osób dostrzeże w niej materiał na przynajmniej gwiazdkę więcej i jest to zrozumiałe. Twórczość brytyjskiej sopranistki jest po prostu bardzo eklektyczna i unikatowa, nie celuje w masowego odbiorcę, chociaż potrafi skutecznie do niego trafić. Słuchając takiej muzyki ma się prawo wymagać, a ja wymagałem odrobinę więcej.

oceny

autor recenzji

Sprawdź nasze inne

Recenzje