Sara Bareilles – The Blessed Unrest (2013), recenzja Marka Generowicza

Niech żałują ci, co nigdy nie poznali talentu Sary Bareilles. Niech biją się w czoło ci, co nie docenili jej możliwości. Oto powraca po trzech latach płytą The Blessed Unrest aby ukazać ambitne oblicze muzyki popularnej. Jej powołanie to tworzenie prawdziwych perełek, których nie brakuje na jej najnowszym albumie. Dla wszystkich tych, którzy wciąż nie mogą pogodzić się z królowaniem elektroniki – przedstawiam kandydata na płytę roku.

Sara Bareilles to amerykańska piosenkarka, kompozytorka i pianistka. Sławę zyskała dzięki singlowi Love Song, który ukazał się na płycie Little Voice. Utwór dotarł na 1. miejsce listy Billboard Pop 100. Późniejsze utwory nie uzyskały takiego rozgłosu, choć płyty wciąż dobrze sprzedawały się za Oceanem. Dopiero The Blessed Unrest ma szansę na duży, międzynarodowy sukces, czego zwiastunem jest przebojowy singiel Brave. Sama płyta już dotarła na 2. miejsce amerykańskiej listy sprzedaży. To zdecydowanie najlepsze wydawnictwo Amerykanki i jedno z odkryć tego roku. Miłe zaskoczenie, objawienie czy wielki powrót w tym przypadku okazują się niestety niedomówieniami.

Delikatny wokal połączony z płynącymi leniwie, choć niekiedy wzruszającymi aranżacjami daje w tym przypadku receptę na sukces. Artystka postawiła na artystyczną wizję popu, jego ambitną wersję i ukazanie, iż nawet najpopularniejszy gatunek w muzyce nie musi biec za komercją. W tym przypadku niezmiennie najważniejszy okazuje się odbiorca, który potrzebuje poruszającej muzyki, ze szczytnymi tekstami oraz niebanalnym wokalem. To wszystko na swojej najnowszej płycie oferuje Sara Bareilles. Jej głos to skrzyżowanie charyzmy Alanis Morissette i delikatności Lilly Allen. Ten wokal porusza, a w balladach wzrusza. Amerykanka posiada głębię i pełne zrozumienie tekstu, który śpiewa. Dzięki temu wydaje się on jeszcze prawdziwszy i trafia do słuchacza. Jednak prawdziwy potencjał znaleźć można właśnie w tekstach piosenkarki. Napisała je do wszystkich kompozycji, podpierając się pomocą jedynie przy 4. utworach. Nie są one skrojone za pomocą najbardziej banalnych sformułowań, nie opierają się na dosadnym I Love You. Są mocno rozbudowane, przez co podziwiam wokalistkę za zapamiętania wszystkich słów i zaśpiewanie ich choćby podczas koncertów. Jednak płyną one prosto z jej serca, przez co łatwiej jest jej śpiewać to, co sama ona czuje. Dlatego niektóre z nich są iście amerykańskie, jak chwytliwe, acz wzruszające Mahnattan. Większość z nich inspirowana jest przeprowadzką do Nowego Jorku. Swoje historie opowiada długimi monologami, a same potrafią zaciekawić, jak np. Cassiopeia – jeden z najlepszych na płycie.

Delikatne brzmienie utworów i ich ulotność to z pewnością siła całego albumu. Sprawiają, że odbiorca zatrzymuje się na chwilę, zasłuchany w przepiękne kompozycje. Sara zatrzymuje czas swoim nieziemskim wokalem. Sprawia, że proste, utrzymane w konwencji staromodnego popu, opartego na fortepianie i gitarze wciąż trzymają fason i nie przestają nudzić, jak niejeden hit sezonu. To uniwersalne kompozycje, do których chętnie się powraca. Z pewnością The Blessed Unrest zyska sławę jak niedawne objawienie młodej wokalistki Birdy, której główną siłą było przesłanie, głębia kompozycji i ich szczerość. Póki co najnowsza płyta Amerykanki idzie w ślady jej największego sukcesu – Little Voice, ale myślę, że w krótki czasie stanie się jej perełką w dyskografii i najlepszym dokonaniem. Do tego zmierza, tego jej życzę, póki co, pozostaje mi rozkoszować się ambitnym popem, co podchodzi do granic ironii w XXI wieku. Czyżby płyta roku?

Sara-Bareilles-The-Blessed-Unrest

Czytaj również