Santigold kontynuuje tradycję i nową płytę prezentuje nam cztery lata po ukazaniu się poprzedniej. Wokalistka, nazywana amerykańską odpowiedzią na M.I.A., do świadomości wielu osób przebiła się w 2008 roku po premierze L.E.S. Artistes. Największą rozpoznawalność przyniosło jej jednak Disparate Youth, a swoim udzielaniem się w kompozycjach zupełnie różnych artystów (m.in. Major Lazer, Beastie Boys, David Byrne, Julian Casablancas, Drake) Santigold udowodniła, że nie straszne jej żadne wyzwanie. Bez problemu więc dała się „zafoliować” na okładkową fotografię i „wystawić” za 99¢.
Otoczka płyty sporo nam mówi o samej muzyce, którą na niej znajdziemy. Za kolorową, nieco chaotyczną okładką skrywa się porcja równie barwnych, pogodnych kompozycji, których tematyka kręci się jednak wokół społecznych problemów. Santigold nagrała piosenki o konsumpcjonizmie. Przedstawia swoje refleksje na temat komercjalizacji oraz dążenia do perfekcji i sławy. Wszystko, co nas otacza, całe nasze życie, ma swoje opakowanie – mówi w wywiadach artystka, która także daje prztyczka w nos zapatrzonym w siebie osobom, które nie wyobrażają sobie dnia bez zrobienia paru serii selfie (koniecznie zobaczcie interaktywny teledysk Can’t Get Enough of Myself!).
Płyta rozpoczyna się bardzo przyjemnie za sprawą charakteryzującego się lekkim retro klimatem singla Can’t Get Enough of Myself. Następujące po nim nagranie Big Boss Big Time Business uderza w zgoła odmienne tony – dna pierwszy plan wysuwają się inspiracje jamajskimi rytmami. Podane są w taki sposób, że za każdym razem zastanawiam się, czy nie jest to czasem piosenka… Elliphant.
Ciężko wyrzucić z głowy słodką, dziewczęcą i bezwstydnie przebojową „trójkę” na trackliście – Banshee. To jednak jedyna kompozycja, która zostaje w głowie po (nawet wielokrotnym) przesłuchaniu 99¢. Cała płyta taka właśnie jest. Niby prostsza w odbiorze w porównaniu do poprzednich dwóch, lecz posiadająca zasmucająco małą liczbę naprawdę udanych, mogących zostać ze mną na dłużej kawałków. Do takowych zaliczyć mogłabym raptem przywołujące czasy pierwszego albumu Santigold, sięgające po alternatywny rock Who I Thought You Were; spokojniejsze, świdrujące Run the Races oraz prawdziwy majstersztyk – niepokojące, wzbogacone wilczym wyciem i mrocznymi bitami Outside the War. Ten kawałek mógłby robić za muzyczny opener niezłego horroru!
Reszta utworów? Artystka serwuje nam bujające, wakacyjne Chasing Shadows; trapowe, ciemniejsze Walking in a Circle, w którym głos Amerykanki został poddany ciekawym obróbkom oraz senne, szczęśliwie urozmaicone powolną nawijką ILoveMakonnena Who Be Lovin’ Me. Płytę dopełniają flirtujące z synth popem Rendezvous Girl; balladowe Before the Fire i lekko egzotyczne, leniwe All I Got.
Nagrywanie społecznie zaangażowanych płyt jest w 2016 roku ponownie na topie. W Polsce zrobiła to Maria Peszek (Karabin), a na świecie głośnym echem odbiła się premiera wydawnictwa The Hope Six Demolition Project PJ Harvey. W kompozycjach Santigold mniej jest jednak ciemnych barw, hejtu i smutku. Więcej rytmów zachęcających do wstania z miejsca. Na 99¢ nie ma złych piosenek. Krążek wypełniają za to utwory, które mnie ni ziębią, ni grzeją. I w sumie głównie za to taka a nie inna nota.

