Sam Smith wydał reedycje swojego hitowego debiutanckiego albumu. Czy warto ją zakupić? Co przynosi dodatkowa płyta CD? Jak sprawują się nowe utwory?
Nie należę do fanów reedycji. Podchodzę do nich bardzo sceptycznie. Nie biegnę do sklepu za każdym razem, gdy pojawią się nowe wersje albumów moich ulubionych artystów. Może to zbyt krytyczne stwierdzenie, ale nie sądzę, aby wydawnictwo, rozszerzone często (!) o kilka słabych utworów, było warte wydania kolejnych pieniędzy. Tym bardziej, jeżeli nie oferuje ono nic nowego. Żyjemy obecnie w takich czasach, że to co nowe w muzyce, szybko pojawia się również cyfrowo, chociażby w serwisach streamingowych. Za darmo. Rozumiem jednak, że istnieją kolekcjonerzy, dla których każda nowa rzecz od ukochanego artysty, zwyczajnie cieszy i chcą mieć ją na swojej półce. Pytanie tylko, czy warto? Reedycje rządzą rynkiem, wiemy to nie od dzisiaj. Pojawiają się naprawdę często. Przykuwają uwagę, mają zachęcić tych niezdecydowanych jeszcze do zakupu. Debiutancki krążek brytyjskiego artysty Sama Smitha doczekał się niedawno ponownego wydania. Czy jest godne uwagi?
Trudno powiedzieć. Nie będę oceniał ponownie standardowej wersji albumu. Zrobiłem to przy okazji recenzji (całą recenzję możecie przeczytać klikając tutaj) w sierpniu 2014 roku. Pisałem wtedy: In The Lonely Hour to solidny i spójny (z małymi wyjątkami) krążek, łączący w sobie dźwięki popu, r&b i soulu, okraszony tekstami na naprawdę wysokim poziomie oraz imponującym głosem Smitha, pełnym emocji, który niewątpliwie był, jest i będzie jego największym atutem. Zdanie podtrzymuję. Jednocześnie stwierdzam, że wydawnictwo to nie potrzebowało odświeżenia. Debiutancka era Sama powinna zakończyć się w sposób naturalny wraz z wydaniem ostatniego singla. Mogę tylko domyślać się, że na pomysł reedycji wpadli najprawdopodobniej działacze wytwórni. Powody takiego przedsięwzięcia same przychodzą do głowy. To proste. Z niezwykle udanego debiutu należy wyciągnąć tyle, ile się tylko da.
Sama reedycja nie prezentuje nic nowego i innowacyjnego od strony muzycznej. Jedynym premierowym i jednocześnie wyjątkowo udanym utworem jest Drowning Shadows. To elegancka, wzruszająca i dobrze zrobiona kompozycja, którą spokojnie można uznać za jedną z najlepszych dotychczasowych odsłon Smitha.
Czy jest więc coś jeszcze na płycie, co może zaskoczyć potencjalnego słuchacza? Nie sądzę. Jeżeli ktoś miał wcześniej już styczność z wokalistą, to mógł spokojnie trafić w sieci na resztę kawałków uzupełniających reedycję. Remiksy wcześniejszych singli, wydanie akustyczne Omen i wersja live utworu Latch. To wszystko już było. Trzeba jednak przyznać, że niezwykle ładne covery wychodzą spod ręki Brytyjczyka. Z ogromną przyjemnością słucha się jego wersji Love Is A Losing Game (Amy Winehouse) oraz How Will I Know (Whitney Houston). Umacniają one tylko powszechne przekonanie o ogromnym talencie artysty i jego urzekającym wokalu.
Wydanie Drowning Shadows Edition uznaję za nieudany pomysł. Kolejna wersja debiutanckiego dzieła była zupełnie niepotrzebna. Mimo tego wszystkiego, album zwycięża pod względem muzycznym. Standardową wersję In The Lonely Hour uznałem za wyjątkowo subtelne i obiecujące pierwsze dzieło młodego artysty, które mógłbym polecić do przesłuchania każdemu. Choć nie widzę szczególnego sensu w tej reedycji, to przekonała mnie ona o tym, że Sam Smith ma jeszcze wiele ciekawego do zaprezentowania. Powtórzę więc ostatnie słowa wcześniejszej recenzji: rób swoje, Sam! Tyle, że z głową, a bez udziału portfela. Waszego również – zachowajcie fundusze na coś innego.


