Lebanon Hanover daleko do współczesnej muzyki, która w tych czasach króluje na świecie – piskliwej, hałaśliwej, i głośnej. Gdyby nie silne poczucie nostalgii, duet Larissy Iceglass i Williama Maybelline mógłby nie istnieć, ale po co gdybać. 21. listopada dźwięki zespołu wypełniły warszawską Proximę.
Swoją nazwę wzięli od miejsca w Vermont, w Północnej Karolinie, które ponoć jest bardzo estetyczne. Jak sami mówią, nie chcieli nazywać się „The Something” czy „Die Something” po angielsku czy niemiecku, więc wybrali coś co brzmieniowo nie jest podobne totalnie do niczego innego. Ostatnio mieliśmy okazję, by usłyszeć tę niemiecko- angielską mieszankę na żywo.
Choć nurt dark- wave nie jest mi jakoś super znany i bliski mojemu sercu, z ciekawością odkrywam nowe gatunki i poznaję nowe zespoły. Na ten koncert poszłam nie do końca wiedząc, czego się spodziewając. I wyszłam z niego totalnie oczarowana!
Jako support zaprezentował się duet Super Besse z Białorusi, grający w klimatach cold wave/ post punk. Było to dla mnie super zaskoczenie! Myślę, że całkiem nieźle rozgrzali zebraną już pokaźną grupę ludzi pod sceną warszawskiego klubu. Za to kolejny plus, bo ostatnio zauważyłam tendencję do przychodzenia tylko na występ głównego artysty. Supporty uważa się zazwyczaj za przynudzające i zbędne zapychacze czasu. Nic bardziej mylnego! Czasami można odkryć naprawdę ciekawe perełki. Super Besse są zdecydowanie warci polecenia, jeśli lubicie klimaty chociażby Joy Division (przynajmniej tak sami się reklamują).
Kiedy przyszedł czas na gwiazdy wieczoru, Lebanon Hanover, sala Proximy wypełniła się niemalże po brzegi, chociaż nie było sold outu. W atmosferę koncertu wprowadziło nas intro z serialu „The X files”, co dodało występowi jeszcze więcej tajemniczości.
Na scenie wybrzmiały chyba wszystkie z największych hitów grupy, poczynając od I Have A Crack, Gallowdance i kończąc na True Romantics. Najbardziej jednak ucieszyła mnie obecność na setliście niezwykle smutnego i przejmującego No One Hold Hands, bowiem ta piosenka tkwi uparcie w mojej głowie od tygodni.
Wokale Williama i Alice współgrały ze sobą idealnie, a minimalistyczne dźwięki klawiszy w połączeniu z brzmieniem gitary i basu fantastycznie dopełniały całości. Cały występ oglądało się z zapartym tchem. Czułam się trochę, jakbym cofnęła się stylizacyjnie do czasów The Cure, o czym wizualnie przypominała również publiczność zebrana w klubie. Artyści nie tracili czasu na zbędne przemówienia, ograniczyli się jedynie do jedno czy dwukrotnego „thank you”. Podczas normalnego koncertu uznałabym to za minus, bo cenie sobie kontakt zespołu z publicznością, ale tutaj wszystko do siebie pasowało.
Warto też wspomnieć o ruchach scenicznych Williama, który momentami sprawiał wrażenie zahipnotyzowanego. Coś niesamowitego. Nie sposób było oderwać od niego wzrok.
Na bis usłyszeliśmy Du Scrollst i Totally Tot, które pięknie zakończyły wieczór. Z koncertu wyszłam zauroczona, choć miałam wrażenie, że trwał za krótko! Chciałam dłużej, chciałam więcej. Zdecydowanie dla takich dźwięków i emocji jest warto żyć. I pamiętajcie: NOSTALGIA IS NEGATION. SADNESS IS REBELLION.
Jeśli nie mieliście okazji zobaczyć Lebanon Hanover na żywo, albo podobnie jak ja czujecie niedosyt, nic straconego! Już w lutym będzie okazja, aby zobaczyć połówkę duetu na żywo. Qual (czyli William Maybeline) wystąpi 28. lutego w warszawskim klubie Pogłos. Link do wydarzenia [tutaj]

