Bardzo długo zastanawiałam się, jak powinien wyglądać ten tekst. Po pierwsze, tak naprawdę dla zwykłego laika (za takiego się uważam ;) ) nic nie mówi mi nazwisko Ryana Keena. Mogę połączyć je jedynie z osobą Eda Sheerana, którego wokalista supportował między innymi podczas polskiego koncertu tego sławnego rudzielca. Od oryginalnego wydania Room For Light mija właśnie dwa lata, lecz dopiero od paru tygodni możemy zobaczyć ten debiutancki krążek na naszych półkach sklepowych. Opakowanie wydawnictwa dość oryginalne, ale co kryje jego zawartość?
Nie jest łatwo przyjść do wytwórni ze swoim własnym autorskim materiałem. Najczęściej bywa tak, że jest on z czasem modyfikowany, przez co z pierwotnego konceptu zostaje naprawdę niewiele, albo zazwyczaj tyle, ile pozostaje w koszu biurowej niszczarki – zbiór bezużytecznych części. Taktyka stosowane przez wytwórnie nie zawsze przynosi pozytywne skutki – pomyślcie na przykład, co byłoby gdyby Maroon 5 miał możliwość zagrania zupełnie czegoś innego niż słyszymy obecnie.
W tym wypadku mamy do czynienia z dwunastoma akustycznymi utworami. Czterdzieści pięć minut z tego typu wydawnictwem może sprawić, że te kawałki albo pokochamy albo znienawidzimy. Trudność takich numerów polega na tym, że mając do dyspozycji tylko kilka instrumentów bardzo ciężko jest aranżować każdy z nich w taki sposób, by brzmieniowo czymś się różnił.
Ryan Keen to postać dla mnie nowa. Dostęp do informacji o artyście jest dość opłakany, mając do dyspozycji tylko niemieckojęzyczną Wikipedię, która opisuje jego osobę dość zdawkowo (no kurczę. przecież wiem, że jest on tekściarzem i wokalistą) oraz materiały promocyjne dotyczące niedawnego koncertu artysty w warszawskiej Stodole. Występ Keena oczywiście nie był przypadkowy, gdyż korespondował z promocją polskiego wydania jego debiutanckiego krążka, Room For Light. Ten fakt z kolei jest pokłosiem supportowania Eda Sheerana, który odwiedzając nasz kraj postanowił dać szansę zaprezentować się mniej znanemu koledze po fachu. Wtedy to zdobył dość przychylne opinie od uczestników walentynkowego koncertu.
Wracając do myśli, zawartej na samym początku… Gdy wizyta w wytwórni zakończy się nie po myśli artysty, pozostają dwa wyjścia: albo dostosowuje się do koncepcji osób tam pracujących, albo robi wszystko, by każdy słuchacz otrzymał płytę, z której wokalista mógłby być dumny. Ze swoimi własnymi przemyśleniami muzycznymi. I taki właśnie jest Room For Light. Sfinansowany z własnej kieszeni projekt (co z resztą słychać w Skin And Bones – taka mała drobna pomyłka) wzbudza niemałe emocje. Daleko mi w tym momencie do pojęcia, jakim jest zachwyt i ekscytacja, lecz i tak jest dobrze. Trochę można byłoby poczynić tutaj zarzut, że całość materiału zlewa się nieszczęśliwie w jedną całość, tworząc masę tak zwanej roboczo przeze mnie jednej melodii. Dlatego też nie polubiłam Years & Years i ich Communion. W każdym z tych przypadków jest ten sam problem: każdy z utworów jest fajny i oryginalny, lecz gdy to połączy się w album jeszcze z kilkoma podobnymi do siebie przynosi to odwrotny efekt do zamierzonego, czyli pewnego rodzaju obrzydzenie. A szkoda, gdyż obaj artyści – i Keen i Alexander – mają bardzo wielki potencjał.
O ile na temat Yearsów już wypowiedziano się na łamach All About Music, o tyle dobrze byłoby powiedzieć parę ładnych słów o debiutanckim albumie. Jeżeli chodzi o to dziełko, zaskoczę Was ale przytuliłabym co najmniej połowę albumu. Trudny jest wybór z cyklu the best of – z dwóch prozaicznych i jednocześnie przeciwstawnych powodów. Chyba o obydwu wspominałam w akapicie wyżej, czyli reasumując: jednolity materiał z dwunastoma różnorodnymi historiami. By odkryć tą magię, wypadałoby słuchać płyty na tak zwane raty, z co najmniej dziesięciominutowym odstępem, w domowym zaciszu. Tylko wtedy można odkryć ukryte piękno tych kawałków. W innym razie się tego nawet nie zauważy… No, ale wybrałam. Orelia, See Me Now, All This Time oraz Focus to kompozycje, które zaciekawiły po pierwszym przesłuchaniu i chyba najjaśniej świecące punkty tego wydawnictwa. W miarę częstszego odtwarzania – na wspomniane wcześniej raty – lista wydłużyła się. Wymienienie ich trochę mijałoby się z celem, gdyż najważniejsze dla mnie zawsze jest i było pierwsze wrażenie. A to jest jak najbardziej pozytywne, gdyż mam temat do głębokich przemyśleń.
Room For Light nie jest złym albumem. Nie jest też albumem perfekcyjnym. Warto przypomnieć, że jest to wizja artysty zrealizowana za własne pieniądze, więc w tym wypadku ciężko jest nie popełnić jakiegoś błędu. Jednak… zaciekawił mnie. Czy ono się utrzyma? Przekonamy się, gdy do rąk otrzymamy do rąk jego drugi studyjny krążek, nad którym właśnie pracuje.

