Rudimental – Home (2013), recenzja Kamila Gajdka

Pamiętacie jak na Facebooku każda ściana była zawalona Gotye?  Nawet pojawił się pseudo dowcip: co robi Kimbra w kuchni? – Gotye. Ja miałem deja vu z Rudimental. Od osób z wrażliwością prezenterów Eski po wyjadaczy i producentów, każdy link prowadził do Rudimental. Mało tego, apogeum miało miejsce w momencie planowania wakacyjnych festiwali, gdy głównym argumentem za Audioriver było: no ale wiesz, tam gra Rudimental, cnie?

Cytując  Oscara Wilde’a: „Kiedy ludzie są tego samego zdania co ja, mam zawsze wrażenie, że się pomyliłem”, więc z założenia nie chciałem nawet sprawdzać tego co towarzyszy uszom wszystkim. Oczywiście znałem z jednego ucha singiel Waiting All Night feat. Ella Eyre, który w mojej opinii jest naprawdę dobrą produkcją, chociaż nie wiem czy nie mówię tak dlatego, że mam sentyment do kawałka Emeli Sande – Heaven, a nie ukrywajmy, oba numery są podobne do siebie w swojej stylistyce. Nadszedł jednak ten moment, że nie można było dłużej zwlekać, cóż, prędzej czy później każdy musiał usłyszeć „Ona tańczy dla mnie”.

Spotify -> Rudimental-> Home… i jesteśmy w domu. Klasyfikacja tej płyty jako drum’n’bass zostaje obalona w pierwszym numerze. Przyjemnym, z fajnymi bębnami, jak dla mnie trochę zbyt cukierkowym, ale jakby nie było album pojawił się w okresie wakacyjno-letnim, więc wiemy jaki ten materiał miał target. Dalej jest już lepiej, utwór Feel the Love przede wszystkim koi trąbkowymi motywami i kilkoma naprawdę dobrymi przejściami, które pozwalają się przygotować (jak to w takich kawałkach bywa) na ostateczne uderzenie basem. I tak po tych letnich klimatach nagle jest utwór Spoons, który sprawia, że daję pierwszy raz replay! Jest głębia, jest trochę klimatu Disclosure, trochę Mount Kimbie, ale bardziej chilloutowo…

Właściwie nie ma sensu opisywać tego albumu kawałek po kawałku. Nie zapominajmy jednak, że Rudimental pojawił się w sumie nie dawno, to jest debiut, więc wejście smoka zaliczone patrząc na miejsca na listach przebojów. Uczepie się jednak… ta płyta to pop! Są różne podróże muzyczne, jest synkretyzm, ale to jest pop pomieszany z elektroniką. Pisanie, że to dnb co jest sugerowane, to tak jak mówienie, że Liber robi rap, albo lepiej… Jędker.

Biorąc pod uwagę gości na płycie, bez wątpienia można było wycisnąć dużo więcej bo jest tu cała elita: wspomniana wcześniej Emeli Sande, John Newman, Alex Clare, Foxes itd. Podsumowując, płyty się fajnie słucha właśnie w tym okresie wakacyjnym. Może być tłem chilloutowego picia wina  w domu (Hide) jak i stać się bangerem na szalonych parodniowych imprezach (Not giving In). Dla mnie jest to miłe zaskoczenie mimo wszystko. Nie lubię cyferek więc plusiki: aranżacja, synkretyzm, goście. Minusy: myślę, że jesienią nie będę w stanie tego słuchać i wrócę do 2-3 utworów dopiero wiosną za rok, wtórność (mimo różnorodnych gości).

Póki jest jednak jeszcze ciepło i niektórzy mają urlopy w pracy, inni wakacje, szybko zachęcam wciskać play by rozruszać tych co podpierają ściany. Naprawdę solidna, lekka, przyjemna dla ucha produkcja dla wszystkich. Jak ktoś wymaga jednak więcej i bardziej skomplikowanie, ale  w podobnym mimo wszystko klimacie to polecam album Mount Kimbie – Cold spring fault  less youth, gdzie pojawia się gościnnie młody rudzielec King Krule, który w przyszłości pożre angielską scenę.

Najlepszy track:

Kawalek pt. rusz się! Chodź się bawić:

rudimental_home

Czytaj również