Różni wykonwacy – Jazz Loves Disney (2016), recenzja Karoliny Mrowiec

0
157

Niezwykła produkcja miała swoją premierę 18 listopada na muzycznych półkach. Ze świata filmu na krążki winylowe przenoszą się najpopularniejsze motywy muzyczne z kultowych Disneyowskich opowieści. Wszystkie kompozycje utrzymane w pogodnej, jazzowej stylistyce, którą z tak starannym wyczuciem Walt Disney dobierał do swoich obrazów. Czy Jazz kocha Disneya tak jak on uwielbiał jazz?

Płytę otwiera utwór, w którym rozkochuję się od kilku tygodni: Jamie Cullum z piosenką pod tytułem Everybody Wants To Be A Cat.  Całość rozpoczyna się niewinnie, leniwie i powoli, aby w końcu przyspieszyć i poderwać nas w rytm instrumentów dętych. Wszystko jest utrzymane w jak najbardziej typowej dla Culluma stylistyce. Artysta nie śpiewa dla kogoś, wykonuje koci song po swojemu, przelewając do niego swoją artystyczną cząstkę. Piosenki na krążku Jazz Loves Disney to dobrze nam wszystkim (i tym mniejszym i starszym) znane wątki z filmów, które każdy oglądał w swoim życiu. Niemniej zaciekawia i zachwyca już na samym początku świeżość poprzez przearanżowanie kompozycji na własny, autorski sposób. Artyści obudzili do życia stare piosenki i pozwolili powrócić do wspomnień z dziecięcych lat.

Potężnych nazwisk nie brak. Utwory zostały nagrywane w różnych miejscach na świecie, jednak niezwykle pięknym przedsięwzięciem jest ta multinarodowa współpraca, spajająca to co najlepsze w śpiewie i grze na instrumentach. W projekcie wzięły udział takie gwiazdy jak Melody Gardot, Stacey Kent czy Gregory Porter. 

W całości przeważa pianino, instrumenty dęte i perkusja – esencja jazzowego grania. Utwory znane z Księgi Dżungli, Kopciuszka, Toy Story, Zakochanego Kundla lub stosunkowo najnowszego filmu Frozen o pogodnym przesłaniu, zawsze wiążą się z optymistycznym zakończeniem. Te, śpiewane w bajkach przez ulubione fantastyczne postacie, teraz nabierają terapeutycznego wręcz znaczenia, niesamowicie uspokajając i poprawiając humor. Ta płyta działa jak środek przeciwbólowy i antydepresant. Łącząc w sobie wszystko co najlepsze: od wybornej muzyki, po warstwę liryczną na sentymentalnym powrocie do dzieciństwa kończąc. Daje wiele powodów do wzruszeń.

Szczególnie wsłuchując się w ballady: Someday My Prince Will Come/ Un jour mon prince viendra z Królewny Śnieżki w wykonaniu Nikki Yanofsky lub Once Upon a Dream, którą zamiast Śpiącej królewny wykonała Laika. Uwielbiam szczególnie utwór Raphaëla Gualazzi’ego wykonującego I Wanna Be Like You – w sam raz do skocznych tańców z przymrużeniem oka – w końcu w tym wcieleniu to VIP z dżungli. Nie sposób się wiec nie uśmiechnąć słuchając zaserwowanych nam kompozycji. Są wprost przepełnione magią i dziecięcą niewinnością.

Na początku zadawałam sobie trywialne być może pytanie: do kogo adresowany jest ten album? Czy do dorosłych: koneserów i fanów muzyki jazzowej, którzy chętnie sięgną po niego w trakcie podwieczorku przed kominkiem (a w tej sytuacji sprawdza się równie znakomicie), czy też najmłodszych, którzy mieliby pokochać go tak jak filmy, które już uwielbiają? Pod tym względem jest to faktycznie rewelacyjna okazja do przybliżenia najmłodszym świata muzyki mniej znanej od tej, którą bombardują ich zewsząd media. Okazja zarówno do postawienia pierwszych kroków w dziedzinie znajomości sztuki jak i intelektualnego rozwoju, poprzez odnajdywanie podobieństw i czerpanie z tego radości.

Podsumowując, stwierdziłam że Jazz Loves Disney to naprawdę familijna pozycja, która sprawdzi się w domowym odtwarzaczu, prawdopodobnie z wielką pasją słuchana przez całą rodzinę. Zda egzamin również jako piękny pomysł na prezent – zwieńczona urzekającą okładką składanka, zawierająca w sobie soczyste w instrumentarium melodie o kojącym i relaksującym działaniu. Jazz to dla wielu gatunek, którego najlepiej słucha się dopiero chłodną porą roku. Z takiego podarunku pod choinką ucieszy się zapewne każdy meloman.