Robbie Williams – The Heavy Entertainment Show (2016), recenzja Karoliny Mrowiec

0
169

Jeszcze trzy lata temu Robbie Williams swingował w rytm utworów muzycznej klasyki, dodając do nich cząstkę swojego przebojowego pierwiastka i tworząc własne kompozycje na jazzową modłę. Gorący Swing Both Ways z 2013 roku zaspokoił zapotrzebowanie na zrównoważenie szaleństw obecnych w tamtejszej muzyce. Robbie Williams wziął urlop od popu, odpoczął, złagodniał. Tyle czasu wystarczyło, aby wrócić do estradowej ekspresji i odrodzić się w rytm dance music. W piątek swoją premierę miało jedenaste w jego dorobku wydawnictwo zatytułowane The Heavy Entertainment Show. Sprawdźmy jak dzisiaj sprzedaje się muzykę popularną.

Jak zasugerował tytuł, włączając płytę miałam nadzieję świetnie się bawić lub wykorzystać ją jako podkład na najbliższej imprezie. Nic bardziej mylnego. Kompozycje nadal proponują urządzenie szampańskiego przyjęcia. Począwszy od promującego krążek singla Party Like Russian, który kradnie serca słuchaczy polskich stacji radiowych przez cały październik, po najnowszy hit Love My Life – pełen optymizmu i wszystkiego co najlepsze debiutant sprzed dwóch tygodni.

Płyta rozpoczyna się utworem The Heavy Entertainment Show. Łagodnie i lekko klasycznie, zapraszając nas na pewne teatralne spotkanie. Trafnie – piosenka szybko zmienia tempo, rozkręcając się i odkrywając gamę instrumentów oraz wielogłosów. Świetna wizualizacja przedstawienia, które nas czeka w kolejnych utworach. To jeden z tych rodzajów preludiów, które świetnie sprawdzą się w halach i aulach koncertowych wraz ze spektakularną aranżacją sceniczną. Tańcem, baletem przebierankami i pokazami pirotechnicznymi. Rozkręcamy się.

Party Like Russian to już klasyk tej jesieni. Robbie Williams ogłosił szerokiej publiczności swój powrót z przytupem, publikując teledysk oparty na podstawie baletu Romeo i Julia, w którym z założenia wie jak bawią się Rosjanie. Mówi się, że inspiracją było autentyczne moskiewskie przyjęcie. Inni sugerują wykupione lokowanie produktu przez prezydenta Putina. Dotarcie do prawdy pozostawiam najwierniejszym fanom, wystarcza mi skupienie się na fenomenie tego tanecznego przeboju ze smyczkową dekoracją i rosyjskim akcentem. Uznałam to za szaleństwo, ale trafione. Im częściej słyszę go przez głośniki, tym bardziej mi się podoba.

Następnie zafundowano nam równie dziwne i ozdobione detalami utwory Bruce Lee, Pretty Woman, Sensational czy I don’t want to hurt you. Przy Sensitive i David’s Song zwalniamy i odkrywamy liryczną i chwytającą za serce wersję Williamsa. Piosenkę kończy solo gitarowe, nastrojowy wokal i ujmujący tekst. Podobnie przy Hotel Crazy, When You Know lub moim faworycie, pięknym pożegnaniu Marry Me.

Zawahałam się jedynie przy Motherfucker. Ostro i dosadnie. Co tak agresywnie, Robbie? – pomyślałam. Nie gorszy mnie bluzganie w amerykańskich wytworach kultury, ale oczekiwałabym tekstów wyższych lotów. Przymykam oko na warstwę liryczną, bo piosenka zaskakuje mnie muzyczną eksplozją. Robbie Williams podnosi poprzeczkę świetnym wokalem. Partie śpiewane na płycie to jej niebywały atut. Dobrze widać wieloletnie doświadczenie artysty w zjednywaniu publiczności. Do tego niesamowici chórzyści wieńczący utwór. Nie spodziewałam się tego!

Wciąż rewelacyjne muzycznie i wokalnie. Przyznam, że oczekiwałam raczej płyty nastawionej na czystą komercję, zrobienie na nas wrażenia i sprzedania się do mediów. Raczej bez większych wartości artystycznych, przytłumionych w ten sposób przez całą otoczkę związaną z szokowaniem, ekscentryzmem i szalonymi teledyskami. Jak bardzo się myliłam! Oczywiście, dużo w tym wszystkim koloryzowania i fantazjowania, ale wokalista wciąż ugruntowuje swoją silną pozycję na rynku jako piosenkarza po prostu poprzez umiejętności. I to umiejętności nie tylko czarowania publiczności (co nie ukrywam, jest wyjątkowo ważne), lecz właściwości za którą idzie w parze talent.

Chciałam znaleźć dobre powody dla wyliczenia mankamentów płyty, ale całość doskonale wpada w ucho, komponuje się ze sobą i tworzy świetną, przyjemną muzyczną ucztę. Polecam gorąco.