Robbie Williams – Take the Crown (2012), recenzja Filipa Wiącka

Z czym Wam się kojarzy Robbie Williams? Mnie, jakby nie było, z osobą wykonującą pop i pop rock (czasem z przewagą tego drugiego) na najwyższym poziomie. Choć nie znam żadnego z jego poprzednich krążków (kilka razy, nieskutecznie, przymierzałem się do przesłuchania Sing When You’re Winning), stwierdziłem, że mogę przesłuchać jego najnowsze studyjne „dzieło”.

Znam kilka starszych singli wokalisty i jego muzyka zawsze choć trochę mi się podobała. Bo jak tu nie rozmarzyć się i nie uśmiechnąć przy uroczym Somethin’ Stupid? Albo jak tu nie lubić przebojowego, rockowego duetu z Kylie Minogue (Kids)? Nieco słabsze (ale nadal całkiem dobre) wrażenie zrobiły na mnie takie utwory jak Rock DJ czy Bodies. Znając je, próbowałem nakreślić sobie, jaki może być album Take the Crown. Jeśli Robbie poszedłby kierunku, który obrał już wcześniej, płyta utrzymana byłaby w popowym stylu z wyraźnymi wpływami rocka i znacznie mniej znaczącymi elementami muzyki tanecznej. A jak longplay brzmi ostatecznie? To mieszanka nowoczesnego popu, elektroniki i ledwo słyszalnych elementów pop rocka.

Robbie-Williams-Candy-2012Płytę (póki co) promują dwa single: Candy oraz Different. Pierwszy z tych utworów bardzo mi się podoba. Zupełnie nie tego się spodziewałem, ale pozytywnie mnie zaskoczył. To taneczny, ale bardzo radosny i pozytywny kawałek. Tak pięknie błyszczy w otoczeniu wszystkich tych lipnych, dance’owych hitów spod znaku Davida Guetty czy Flo Ridy. Robbie brzmi całkiem nieźle. Candy może perfekcyjne nie jest, ale miło sobie tego od czasu do czasu posłuchać. Po przesłuchaniu całej płyty nie mam jednak pomysłu, która piosenka mogłaby stać się kolejnym singlem. Postawiono ostatecznie na balladę Different. Jak dla mnie to raczej niefortunny wybór. Nie wróżę jej dużego sukcesu. To przede wszystkim nieco nijaki, a jednocześnie zbyt depresyjny (płaczliwy wokal Williamsa) numer. Te dwie rzeczy zwyczajnie do siebie nie pasują. Kawałek zbyt szybko się nudzi. Podoba mi się jedynie zastosowanie skrzypiec, które gdzieś tam pogrywają sobie w tle.

music_robbie_williams_different_artworkAlbum pełen jest popowych i electropopowych kawałków. Radosnych? Może i tak (ale na pewno nie tak bardzo jak Candy). Dobrych? A gdzie tam. Większość to zwyczajne, niczym się niewyróżniające zapychacze. Właściwie trudno cokolwiek o nich napisać. Są zwyczajnie przeciętne. Moją uwagę zwrócił jednak otwierający płytę kawałek Be a Boy. Niestety nie jest to dobra produkcja. Co prawda początek całkiem mi się podoba (delikatna elektronika, gra na saksofonie), ale już po chwili wchodzi lipna, przerobiona przez komputer muzyka, stadionowe ooo. To wszystko razem nie brzmi dobrze. Piosenkę pogrąża sam Robbie. Od tej słodyczy w jego głosie bolą mnie zęby. Dalej otrzymujemy jeszcze Shit on the Radio (które najlepiej opisuje sam tytuł), elektroniczne, nijakie All That I Want oraz powielające ich dźwięki Gospel.

Na tle tych wszystkich electropopowych nagrań wyróżniają się ballady. Nawet nie najgorszą jest Into the Silence. Zrezygnowanie z tych wszystkich syntezatorów, komputerowego ulepszania wyszło na dobre. Całkiem przyjemnie się jej słucha. Choć szybko się niestety nudzi. Podobnie zresztą z opisanym już, singlowym Different. Znacznie gorsze od nich jest spokojne Hunting for You. Wierzę, że artysta ma dobry głos, ale w tym numerze po prostu wyje. A szkoda, bo sama muzyka całkiem nieźle się prezentuje. Najlepszą piosenką nie tylko z ballad, ale z całej płyty jest wieńczące album Losers wykonywane w duecie z nieznaną mi wcześniej Lissie. Akustyczna perełka. Muzyka składa się wyłącznie z gitary akustycznej. I tu mam ochotę śmiać się z Robbiego. We wszystkich pozostałych utworach mnóstwo elektronicznych obróbek. A jak widać – piękno tkwi w prostocie. Poza tym właśnie w tym numerze wokalista brzmi najlepiej. Towarzysząca mu Lissie również ma ładny wokal.

Jaka muzyka, takie teksty. Razi to, że one właściwie o niczym nie mówią. Są, bo muszą być. I tyle. Wielokrotnie przewija się tu temat miłości (All That I Want, Gospel). Jakże ciekawe i oryginalne. Dalej mamy zupełnie bezsensowne Candy, kilka mało interesujących tekstów i ten do Losers. Właściwie nie jest może jakiś szczególnie ambitny czy genialny, ale po tych wszystkich nic nieznaczących „poematach” dobre i to:

There will always be someone better than you Even if you’re the best So let’s stop the competition now Or we will both be losers (PL: Zawsze będzie ktoś lepszy od Ciebie Nawet jeśli jesteś najlepszy Więc przestańmy ze sobą rywalizować Albo oboje będziemy przegranymi).

Spodziewałem się po tej płycie czegoś lepszego. Wiadomo, że od początku kariery Robbiego (1987) trendy się zmieniły i trudno, żeby grał dokładnie to samo, co kiedyś, ale żeby od razu sprzedawał taki komercyjny gniot? Muzyka taneczna, popowa i elektroniczna też może być zrobiona z głową. A ta taką nie jest.

Robbie-Williams-Take-the-Crown-2012

Czytaj również