Rob Thomas – The Great Unknown (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Rob Thomas to nietuzinkowy artysta, który nie daje się tak łatwo zaszufladkować. Co prawda, cały świat poznał go dzięki duetowi z Carlosem Santaną, kiedy wykonał z nim kawałek Smooth, ale wraz z zespołem Matchbox Twenty wokalista tworzy niesamowite rockowe i bardziej dynamiczne utwory. Prawie 10 lat temu jednak artysta rozpoczął karierę solową czego dowodem są dwie płyty, ze stylistyką ciut lżejszą. Po pięcioletniej przerwie Thomas zaprezentował nowy singiel, będący zapowiedzią następcy Cradlesong. Zobaczmy więc, jaki jest The Great Unknown.

To, że kilka lat temu skończyła się pewna epoka w muzyce, dało się zauważyć. Obecnie stawia się na bardziej ambitne i wyszukane brzmienia. Popowa sieczka coraz częściej odchodzi w nicość, chociaż zdarzają się wyjątki od reguły. Rob zdaje się o tym wiedzieć, gdyż The Great Unknown prezentuje się dość nieszablonowo. To nie jest bowiem to, z czym mieliśmy do tej pory do czynienia. Thomas próbuje poeksperymentować z brzmieniem, więc próżno tu szukać czegoś, co przypominałoby coś z poprzednich albumów z solowej dyskografii. Celowo precyzuję, gdyż wokalista ma także bogate doświadczenie z Matchbox Twenty, gdzie również spisuje się wyśmienicie. Niektórzy fani nie są zadowoleni z kolejnego albumu artysty, gdyż uważają, że z zespołem wychodzi mu lepiej i w ogóle nie rozumieją decyzji ich idola – by wydać materiał bardziej dla masowego odbiorcy.

Ale trzeba zadać sobie pytanie: czy to jest dla takiego odbiorcy jak ja, Ty, Pan Nowak czy Kowalski. (No co? Wszyscy słuchamy JAKIEJŚ muzyki) Okazuje się, że nie do końca, chociaż jestem przekonana, że każdy i tym razem znajdzie coś dla siebie. Popatrzcie chociażby na ostatni countdown single i jednocześnie kawałek otwierający krążek, I Think We’d Feel Like Good Together. Niesamowicie przypomina Ricky Martin’owe She Bangs. Z jednej strony jest to bardzo radiowe i świetnie nadawałby się tam, z drugiej… no właśnie jest zbyt podobne i obawiam się, że ten fakt by w ostatecznym rozrachunku pogrążył. Podobnie rzecz się ma przy Things You Said. Z początku przypomina Sing Eda Sheerana, lecz z biegiem sekund koncepcja się zmienia a przy odpowiedniej obróbce nadawałby się nawet do klubu.

Przeważająca część albumu to podróż w czasie – począwszy od lat 70’s, posuwając się dalej w przyszłość. Heaven Help Me jednak nie udało mu się tak, jakby chciał. Coś mi w tym wykonaniu przeszkadzało. Głos? Muzyka i aranż? Sama nie wiem. To tak jakbyście mieli prawie ułożone puzzle, lecz zgubił się kawałeczek, przez co obrazek nie jest kompletny. Wind It Up również nie przeszedł u mnie bez echa. To chyba najgorzej zmajstrowany utwór na albumie. Trochę powiało tropikami, co jest akurat w tym wypadku zbyteczne. Kawałek obroniłby się gdyby właśnie nie te dźwięki. Producent chyba puścił za dużo fantazji…

Dłużej nad klasyfikacją zastanawiałam się nad Absence Of Affection. Z jednej strony początek trochę odpychający (tak kiedyś się grało), później jednak kawałek zyskał w moich oczach. Fajnie poprowadzona podróż. Następną kompozycją na plus jest niewątpliwie ballada Paper Dolls. Połączenie lżejszego Linkin Park z Eurowizją – to chyba najwłaściwsze określenie. Zastanawia mnie bardzo, czyj damski głos tam słyszymy… Lie To Me też brzmi dość niestandardowo. Niby kawałek brzmi jak zlepek tego, co mieliśmy w przeszłości (Mario WinansI Don’t Wanna Know oraz coś, co często gości na playliście mojej siostry… chyba sobie za Chiny nie przypomnę :( uzupełnię może za kilka dni, jak mnie uświadomi), lecz razem brzmi to dość smacznie.

Końcówka, w przeciwieństwie do singlowego Trust You, które notabene zachęciło mnie do zapoznania się z całym krążkiem jest dość liryczna i spokojna, gdyż od Thomasa otrzymujemy głos, fortepian i instrumenty smyczkowe. Dość niestandardowe połączenie jak dla rockmana. Być może dlatego Pieces zyskało u mnie na wartości. Podobnie brzmi też tytułowe The Great Unknown, lecz tutaj dochodzą bębny. Kawałek jednak jest tak poprowadzony, że po odsłuchu właściwie zapomniałam, że istnieje. One Shot za to doskonale wpisuje się w to, co obecnie jest promowane w muzyce. Trochę inspiracji zdaje się wzięto z Of Monsters And Men. Ah, zapomniałam również wspomnieć o Hold On Forever, trochę countrowym kawałku. Przyjemnie się go słucha, zwłaszcza gdy mamy jeszcze trochę lata.

Podsumowując, artysta postarał się o różnorodność. Dostajemy taką sałatkę warzywną – każde warzywo zupełnie z innej bajki, jednakże połączenie sprawia, że bierze się to wszystko całymi garściami. Wszystko jest podane z odpowiednim umiarem – poza powyższymi wyjątkami. W niczym to już nie przypomina starego Roba Thomasa – faktycznie jest to już fajny, nieznajomy gość.

Czytaj również