Rihanna – Unapologetic (2012), recenzja Filipa A.

Siedem lat kariery Rihanny – siódmy album. Barbadoska pragnie nadal zachwycać, ale co pojawia się nowa płyta, wokalistka odrywa kupony od sławy. Po świetnym Rated R, który pokazał klasę wokalistki i uwydatnił jej walory wokalne oraz przepiękny romans z dubstepem przyszedł czas na nijakie Loud i jeszcze bardziej nijakie Talk That Talk – zachowała się tendencja spadkowa zarówno w sprzedaży jak i jakości krążków. Nadeszła era Unapologetic – czy przełomowa w karierze piosenkarki?

Muzyka Rihanny przechodzi kryzys i widać spory regres, zbytnie kombinatorstwo i wyczerpujące się złoża kreatywności. Przykro mi, że owa artystka (?) nie potrafi tworzyć już dobrej muzyki. Słysząc pierwszy singiel – Diamonds – jednak miałem nadzieję, że swoją twórczość przekieruje bardziej w stronę R’n’B oraz, że odzyska możliwość stawiania na równi z Beyonce. Diamonds nie powala, ale jest jakimś zalążkiem starej Rihanny z Rated R.

Tracklistę otwiera numer Presh Out The Runway, który jest dynamicznym zaproszeniem do dalszego odsłuchiwania. Nie jest to jakaś superprodukcja, ale nieprzekombinowana, wyważona – gdyby cały krążek podobnie brzmiał, to oceniłbym go jak najbardziej pozytywnie.

Skoro o dynamice mowa, to utworem adekwatym do tego słowa jest Jump. To coś, co najbardziej przykuło moją uwagę podczas odsłuchiwania Unapologetic. Na początku jest spokojnie, spokojnie, spokojnie, a w refrenie mamy dubstep trzepiący moim mózgiem, coś co jest wyznacznikiem atrakcyjności muzycznej w tych imprezowych czasach. Przy utworze numer 7. Rihanna nie daje nam odpocząć od dźwiękowego kombinatorstwa – utwór Right Now, w którym palce maczał sam David Guetta, jest istną bombą na płycie. Zrobiony specjalnie pod radio numer stanie się zapewne singlem ku ciesze RiRi i Guetty, czyli niemogących odpocząć muzyków, którzy są zaprogramowanymi robotami z wklepanym kodem: rób muzykę, twoim domem jest studio nagraniowe – tu jesz, załatwiasz się – po prostu żyjesz. Szkoda tylko, że ten pracoholizm nie przekłada się na jakość muzyki jaką tworzą – Right Now zapewne niedługo mi się znudzi, ale nadal pozostaje jednym z lepszych utworów na Unapologetic. David – stary wyżeracz – mógłby sobie dać spokój z reedycją Nothing But The Beat, a Rihanna z muzyką, która, biorąc pod uwagę większość, brzmi jak dziesiąta woda po kiślu.

Przejdźmy do bardziej sentymentalnej strony wokalistki, którą tak rzadko ostatnimi czasy nam pokazywała. Utwór Stay jest odpoczynkiem podczas słuchania całej płyty, czasem na melancholię. Głos Mikkiego Ekko, o, którym szczerze mówiąc, wcześniej nie słyszałem, idealnie zlewa się z wokalem Rihanny. Podnosi  nieco upadłą artystkę podnosząc jej głowę z błota w jakie ostatnio wpadła. Muzycznego błota.

Piosenkarka nie byłaby sobą, gdyby nie zrobiła wielkiego szumu dookoła siebie. O czym konkretnie mowa? O utworze Nobody’s Business z… Chrisem Brownem. Zjednoczenie muzyków? Kolejny chwyt promocyjny? Niewątpliwie wytwórnia Rihanny wie jak utrzymać swoją podopieczną przy życiu. Dlaczego jeszcze ludzie nie rzucają w nią pomidorami podczas występów? Dlatego, że Rihanna, a właściwie owa wytwórnia, wie jak dozować przesyt muzyczny. Weźmy tu dla przykładu początek promocji Talk That Talk – wypuszczenie hitowego We Found Love, który spędził 10 tygodni na szczycie Billboard Hot 100, a nieco później You Da One, który nawet nie dotarł do Top 10. Widocznie załapali, że jest coś nie tak – wypuścili trzeci międzynarodowy singiel dopiero pół roku później – Where Have You Been, który dotarł do 5. miejsca w Ameryce – raz słabiej – raz mocniej. Jedno trzeba im przyznać – cwaniactwo w tej kwestii mają we krwi.

Wracając do recenzowanego krążka, intrygującym utworem, nawet biorąc pod uwagę sam tytuł, jest prawie 7 -minutowy Love Without Tragedy / Mother Mary. Utwór ma nieco groteskowy klimat,  jest w nim coś fascynującego. Dla mnie bomba. Z resztą przyjemnie słucha się utworów – odszczepieńców, a Love Without Tragedy / Mother Mary uważam za jeden z najlepszych na Unapologetic.

Album ten  bardzo ciężko pochwalić czy skrajnie skrytykować, ale jest on – biorąc pod uwagę całą dyskografię Rihanny – jednym z najgorszych. Brakuje mi tu ballady w stylu California King Bed czy Farewell oraz czystego R’n’B z nieprzesadnie użytym dubstepem jak w Rated R. Album Unapologetic mogę śmiało określić jako jeden z najgorszych w 2012 roku biorąc pod uwagę proporcje pomiędzy talentem: możliwościami wokalnymi, swoistym artyzmem: kreatywnością, wirtuozją a materiałem zawartym na płycie. Droga Rihanno, zniknij na parę lat i zacznij robić konkretną muzykę, bo stać cię na to bez dwóch zdań! Unapologetic oceniam na 5/10 z kolejnym pokładem nadziei na nowy album (2015 – 2016 ? – błagam) o poziomie Girl Gone Bad czy Rated R.

Czytaj również