Rick Astley – Beautiful Life (2018), recenzja Marty Muśko

Każde pokolenie ma swojego rudowłosego bohatera w muzyce. Dziś nastolatki na koncertach wpatrują się w Eda Sheerana, w latach 90-tych dziewczyny rzucały na scenę częściami swojej garderoby w stronę Axla Rose’a, a ponad trzydzieści lat temu dyskotekowym parkietem rządził wówczas dwudziestoletni Rick Astley. Bez względu na to, czy dorastałeś w latach 80-tych, czy zostałeś zrickrollowany – obdarzony charakterystycznym niskim głosem muzyk nie zniknął ze sceny wzorem wielu innych gwiazd. Aktywnie tworzy, a ostatnie prace – w tym Beautiful Life – wyraźnie pokazały, że jego wokalna forma jest niczym wino.

null

Z chłopięcej aparycji i kontrastującego, głębokiego barytonowego głosu na scenie muzyki pop z lat 80. angielski piosenkarz Rick Astley dojrzał i rozwinął się w bardziej uduchowionego i stanowczego artystę. Mało kto zdaje sobie sprawę, że po okresie disco-popu, z którym jest dziś najbardziej utożsamiany, zwrócił się w kierunku białego soulu z elementami folku i muzyki gospel, próbując jednocześnie przystopować ze swoim poprzednim wizerunkiem. Paradoksalnie rickrollowy żart przyczynił się do przywrócenia sławy i tak już nieśmiertelnemu hitowi i odrodzenia kariery wokalisty, który znów zaczął grać wyprzedane koncerty i nagrywać płyty entuzjastycznie przyjmowane przez odbiorców.

Do tej pory Astley wydał siedem albumów studyjnych, od debiutanckiego Whenever You Need Somebody z 1987 roku, aż do 2016 roku i symbolicznej 50. Historia lubi się powtarzać, bowiem oba wydawnictwa, rocznikowo tak od siebie odległe, zdobyły szczyt brytyjskiej listy sprzedaży. A teraz, w ciągu zaledwie dwóch lat, charyzmatyczny i wciąż młody wokalista celuje dźwiękami zarówno w starszych, jak i młodszych odbiorców kolejną porcją atrakcyjnych i przemyślanych utworów własnego autorstwa.

null

Uzupełniająca dyskografię artysty, ósma płyta Beautiful Life wydana przez BMG, a w Polsce dzięki Warner Music, może być opisana na samym początku jako dojrzały odwet dawnego zamiłowania do tanecznego popu i wyrafinowanych ballad. Jednak po bliższym zapoznaniu z materiałem słuchacz będzie zaskoczony. Zachowując swój charakterystyczny dźwięk, Astley włączył do swojej muzyki również nowoczesne aspekty funku i pop-rocka, które zsynchronizowały współczesne brzmienie z oczekiwaniami tak zwanego pokolenia milenijnego.

Beautiful Life rozpoczyna się od chwytliwego, tytułowego singla, którego funkowa gitara i taneczna linia basu wystarczą, by zwabić słuchacza na parkiet i zatracić się w muzycznej euforii. Mało tego, Rick sam sobie stworzył najlepsze tło. Warto także odnieść się do świeżo upieczonego teledysku. Odnoszę wrażenie, że muzyczne legendy co raz częściej odpuszczają sobie ich nagrywanie. Takowe najczęściej pojawiają się sporadycznie, a gdy artysta postanowi zaszczycić swoją obecność plan zdjęciowy, z miejsca przegrywa batalię o wyświetlenia z młodymi przedstawicielami muzyki popularnej. Rick podejmuje rękawicę i chwilę przed premierą albumu ujawnił klip do przebojowego singla. Z reguły teledyski z przypadkowymi, często przerysowanymi postaciami są zwyczajnym brakiem pomysłu i pójściem na łatwiznę. Tu pomimo wielokrotnie powielanego scenariusza, nie zabrakło inwencji twórczej i wyczucia estetyki. Wszystko brzmi, wygląda elegancko i ma swój nieodparty urok – bez sztuczności, której w dzisiejszych czasach mamy pod dostatkiem.

Stylistyczna sztafeta zostaje przekazana dla numeru Chance to Dance, a następnie zwalniamy tempo przechodząc do sentymentalnego She Makes Me. Po drodze otrzymujemy również pewne w dźwiękach, uderzające Shivers. Słyszę ten utwór w roli najlepszego kandydata na przyszły singiel, który pozwoli wielu słuchaczom otworzyć spojrzenie na artystę z zupełnie innej, muzycznie wielowymiarowej strony.

Życie jest piękne, nieprzewidywalne i pełne wspomnień, dlatego Rick często powraca do tradycji i swoich korzeni osadzonych między country, a folkiem dzięki rustykalnym utworom takim jak Last Night on Earth. Krystalicznie jasne dźwięki gitary akustycznej, przyjemne instrumentarium i natchniona wiarą melodia sprawia, że wiele osób może pokochać ten utwór. Następnie pojawia się pianistyczna ballada Every Corner zanurzona w R’n’B i soulu oraz nawiązująca do nastroju panującego na poprzednim albumie i pochodzącym z niego singlu Angels on My Side. W tym nawiązaniu nie zawodzi także I Need the Light, którego brzmienie jest intensywne i pozwala odkryć możliwości głębokiego wokalu.

Po kilku fortepianowych propozycjach, Beautiful Life powraca do piękna i prostoty gitary akustycznej. Z Empty Heart wdziera się do umysłu słuchacza, dotykając jego uczuć i tęsknoty. Uczucie pustki dalej przenosi w stan kontemplacji wypełnione folkowym i perkusyjnym powietrzem Rise Up. Przedostatni utwór Try zaczyna się prostą linią fortepianu, a następnie wpada w tryb bicia serca i cichej introspekcji, pobudzającej do odkrycia miłości i potwierdzenia jej szczerości. Artysta zamyka swoje piękne życie z The Good Old Days – kolejną pełną pasji utworem opartym na mocniejszym i stanowczym brzmieniu, tym razem z lekkim teatralnym szarmem i lirycznym sentymentem.

null

Beautiful Life podobnie jak jego poprzedni poprzednik, jest zbiorem różnorodnych stylistycznie kompozycji, których melodie, dystans i jednocześnie powaga pozostają w harmonii ze sobą. Są w nim zarówno chwile życiowej swobody, jak i emocjonalnego doświadczenia. Muzyka Ricka Astleya dojrzewa w piękny i naturalny sposób, nie wspominając już o głosie, który stał się jeszcze pewniejszy niż dotychczas.

oceny

autor recenzji

Sprawdź nasze inne

Recenzje