Zanim poświęcił się solowej karierze, pracował jako kucharz i występował z cover bandem w utworach Steviego Wondera. Punktem zwrotnym w jego karierze okazała się przeprowadzka do Londynu i komponowanie muzyki do reklam telewizyjnych. Wtedy też zaczął pisać pierwsze teksty własnych piosenek. W następstwie kilku hitowych singli (Wish I Was Sober, Be Your Man, Waking Up Without You), okupionych milionami streamów na całym świecie, w lutym tego roku wypuścił swoją pierwszą epkę Bad Timing. Jeśli nazwisko Rhys Lewis jeszcze niewiele wam mówi, to zapewniam wkrótce to się zmieni.
Na jego koncie nie ma jeszcze debiutanckiego albumu, a już wyprzedaje koncerty w Wielkiej Brytanii i Europie, w międzyczasie supportując JP Coppera i Jamesa TW. Ten 26-letni piosenkarz, kompozytor i multiinstrumentalista dorastał w Oksfordzie, gdzie zaczynał od gry na klarnecie. Dość szybko przerzucił się na gitarę i znalazł swój prawdziwy głos przy pomocy klasycznych albumów Led Zeppelin, Erica Claptona i Billa Withersa.
Oryginalna mieszanka inspiracji spowodowała, że kompozycje Lewisa obfitują w soul, pop i blues ze szczyptą rockowych i folkowych elementów. Bez względu na melodię, nie można przejść obojętnie wobec ciepłego i ekspresyjnego wokalu Rhysa. Jego głos błyszczy w każdej konfiguracji – czy to w towarzystwie zespołu, czy podczas akustycznego wykonania. Oczywiście przy okazji jego zdolności wokalnych nie brakuje mu również drygu do songwritingu. Warstwa liryczna mocno autobiograficzna, oferuje słuchaczom pełny wgląd w życie piosenkarza, ze szczególnym uwzględnieniem rozterek miłosnych:
„Bad Timing” zgłębia różne aspekty i etapy bycia z kimś i bez kogoś. To ekscytujące, ale jednocześnie przerażające wydać epkę, która zawiera jedne z najbardziej osobistych piosenek, jakie kiedykolwiek napisałem.
Każda z czterech piosenek na mini-albumie to solidne świadectwo zdolności wokalnych i lirycznych, które angażują słuchacza od pierwszej do ostatniej minuty. Pozycja numer jeden z listy, czyli tytułowy utwór Bad Timing, prezentuje historię uczucia, które narodziło się w niewłaściwym czasie. W miarę jednostajna instrumentacja z tykająca niczym zegar rytmem wybijanym przez perkusję, stanowi idealne tło dla kryjących się w głosie piosenkarza emocji. W moim odczuciu Rhys najbardziej imponuje przy akustycznym akompaniamencie, ale ten utwór jako pierwszy to zmienia. Podobnie wrażenia przynosi klasyka soul w nowoczesnym wydaniu, czyli Bloodstains. Kompozycja rozpoczyna się od falsetowego wokalu Lewisa uzupełnionego delikatnymi akordami gitary. Po chwili ten stan rzeczy przejmuje prosty beat maszerujący pewnie przez resztę piosenki i cięższa gitara, która podkreśla frustracje w głosie muzyka. Utwór idealnie oddaje uczucia towarzyszące słodko-gorzej relacji miłosnej, która choć rani ciągle skłania do powrotów.

Kompozycja Reason To Hate You zwalnia tempo i pozwala Rhysowi poszerzyć zasięg jego rejestrów wokalnych. Pod pewnymi względami klimat utworu jest nostalgiczny, jakby też utrzymany w stylu retro. W warstwie lirycznej drzemie cichy akt desperacji. Muzyk próbuje znaleźć jakikolwiek powód, aby móc przestać kochać i łatwiej pogodzić się z rozstaniem. Rozwiązanie nie przychodzi, a kompozycja zapętla się w słowach: So tell me you love somebody else or something, Or say you’ve been unfaithful to me. Z czwartą pozycją Don’t Wanna Believe It nieuchronnie nadchodzi koniec, ale za to jaki! Piosenki w akustycznym wydaniu, to coś w czym Lewis sprawdza się najlepiej. Wystarczy jego głos i gitara, aby móc w pełni oddać się magii tego utworu.
Po tym zdecydowanie za krótkim mini-albumie pozostaje tylko jedno uczucie – chce się więcej! Dlatego aby apetyt został w pełni zaspokojony Rhys Lewis jeszcze w tym roku planuje wydać debiutanckim album. Jeśli reszta piosenek z niego będzie tak dobra, jak te cztery perełki, Tom Grennan ma prawo czuć się zagrożony.
