Rammstein – Rammstein (2019), recenzja Michała Szuma

Inne recenzje

Choć początek spekulacji, plotek, przecieków czy wreszcie pierwszych informacji dot. nowego krążka sięga nawet kilku lat wstecz, to świeże „mięso” ze strony Rammstein otrzymaliśmy dopiero w tym roku, wraz z nadejściem singla Deutschland. Stwierdzenie, że był to kontrowersyjny początek, jest tu raczej nieadekwatne, bo taki but w drzwi świata muzycznego był oczywisty jak początek bajki o żółwiu Franklinie: wszyscy wiedzieli przecież, że potrafi on już liczyć i sznurować buciki.

Nie zmienia to jednak faktu, że – jak się później okazało – otwarcie najnowszej płyty Niemców było naprawdę dosadne. Historia opowiedziana w klipie oraz tekście, wskazuje silną przynależność muzyków do swojej tożsamości narodowej, jednak z drugiej strony – przedstawia fakty historyczne, które są zwyczajnie przez nich brane na klatę. Podejście bez kompleksów, w połączeniu z licznymi smaczkami audiowizualnymi (o których do poczytania w internetach), robi piorunujące wrażenie i zostaje na długo w pamięci. Z perspektywy lat, będzie to silny punkt na osi czasu światowej muzyki.

Kolejny singiel albumu, czyli Radio, jest zdecydowanie lżejszym kawałkiem chleba, choć (brnąc dalej w tematykę gastronomiczną) nadal nie są to klasyczne rurki z kremem. O ile w Deutschland warstwa electro była jedynie tłem dla silnie wybijających się gitar, tak w drugim singlu te proporcje się nieco odwracają na korzyść elektroniki – to ona ma tutaj więcej do powiedzenia. Być może przez to, czasami mamy wrażenie, że słuchamy Muse (zwróćcie uwagę na bridge), niemniej ciężkie riffy szybko nas od tego wrażenia odganiają.

Mógłbym tak przejść przez kilka kolejnych utworów, bo tak naprawdę każdy stanowi wartość tej płyty (tak – tu nie ma słabych momentów!), jednak pewne piosenki dają tej wartości zwyczajnie więcej. Tu moimi dwoma faworytami są Puppe i Diamant.

Ten pierwszy udowadnia fakt, że Rammstein nie ogranicza się wyłącznie do partyzanckiego podejścia, ale potrafi też w subtelny sposób skradać się do uszu odbiorcy. Przez takie podchody, czujność słuchacza jest mocno uśpiona, a kiedy wydaje się, że będzie to po prostu kolejna patetyczna historia na wzór Ohne Dich (które z kolei jest moim faworytem z Reise, Reise), przychodzi druga minuta i trzecia sekunda utworu… Wokal, bębny, gitary, elektronika – aktorzy w tej kolejności wkraczają na scenę i przejmują show, nie biorąc przy tym jeńców.

A skoro napomknąłem już co nieco o singlu z 2004 roku, to czas na drugiego faworyta z najnowszej płyty, czyli Diamant. W czym tkwi jego wartość? Właśnie w tej pięknej prostocie: zespół, który słynie z majestatycznych występów na żywo i wysokobudżetowych teledysków, nagrał sobie balladę miłosną, okraszoną jednym motywem przewodnim i kilkoma elektrycznymi wstawkami w tle – brzmi jak absurd. Jednak jest to najpiękniejszy z absurdów, jaki Panowie stworzyli.

Bo powiedzieć, że muzyka Rammstein jest piękna, to tak jak pojechać w piątek do Sopotu i pić herbatkę jaśminową: nie o to chodzi. Ta muzyka ma rozrywać bębenki, rozstrajać instrumenty i dawać dużo energii. Takim albumem niewątpliwie jest Rammstein, co nie tylko słychać, ale i widać – chociażby po tytułach utworów. I nawet jeżeli miałaby być to ostatnia płyta Niemieckiego zespołu, w co jednak nie chce mi się wierzyć, to pożegnanie mają godne powitania – partyzanckie!

PS. Uwielbiam herbatę jaśminową – zwłaszcza w piątek! ;)

-
  • Data premiery:
  • Single:
Najlepsze utwory:
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Michał Szum
Michał Szum
Pasjonat muzyki, wielbiciel sportu, miłośnik nauki, kucharz amator. W wolnych chwilach publicysta na All About Music :)

Czytaj również