R.I.P. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Kilka minut temu obejrzałem teledysk do utworu See You Again, będącego muzycznym motywem przewodnim filmu Szybcy i wściekli 7. Abstrahując od muzyki, która moim zdaniem nie powala na kolana (fani Wiza Khalify – nie obrażajcie się), w czasie oglądania ostatniej sceny tej produkcji, gardło miałem ściśnięte, niczym turysta podróżujący pekińskim metrem. Autentycznie się wzruszyłem.

Nie ukrywam, że nigdy nie byłem fanem Paula Walkera. Co prawda, podobały mi się filmy z serii Szybcy i wściekli, ale nie nazwałbym siebie ich wielkim miłośnikiem – tym bardziej Paula, który był jedną z kilku czołowych postaci, jakie się w nim pojawiły. Jednak jego śmierć, którą wszelakie media ogłosiły 30 listopada 2013 roku, poruszyła mnie.

Już sam fakt, że zginął mając ledwie 40 lat, wzbudzał we mnie współczucie. A gdy dowiedziałem się, że powodem śmierci było spłonięcie żywcem, uczucie to stało się jeszcze bardziej intensywne. Zwłaszcza, że to nie on prowadził samochód. Gdyby Walker siedział za kierownicą, to naginając troszkę kwestie moralne, można by stwierdzić: jechał jak wariat, to się doigrał. Lecz jako pasażer, nie miał żadnej kontroli nad rozpędzonym do granic możliwości czerwonym Porsche Carrera GT 2005. Charytatywny event założonej przez aktora organizacji Reach Out Worldwide, na rzecz ofiar tajfunu Haiyan, okazał się dla niego tragiczny w skutkach.

To dziwne, że ludzie po śmierci swoich idoli, opłakują ich tak samo, jak odejście członka swojej rodziny, czy bliskiego przyjaciela. Przecież Paul spotkał osobiście może jakąś niewielką część swoich fanów na całym świecie, lecz to nie okazało się jakąś szczególną barierą, by tysiące jego miłośników, dawało ujście swoim emocjom w związku z jego śmiertelnym wypadkiem. Lajki na jego profilu podskoczyły niczym akcje dobrej spółki na giełdzie, a trzy litery: „R; „I” i „P” pojawiały się pod każdym artykułem na jego temat.

No właśnie, znakiem naszych czasów jest to, że gdy znana i uwielbiana postać show-biznesu umiera, liczba lajków na jej facebookowym fanpejdżu zwiększa się kilkukrotnie, a tablice i konta portali społecznościowych zasypywane są krótkim, ale jakże wymownym skrótem: R.I.P – ktoś tam. Zawsze mnie to zarazem bawiło i żenowało. Nigdy nie chciałem w czymś takim brać udziału. Żebyśmy mieli pełną jasność: nie krytykuję osób będących od lat miłośnikami czyjejś twórczości, czujących swoistą więź między sobą a danym artystą/ aktorem, chcących oddać mu w ten sposób płytki, ale jednak, hołd; tylko o ludzi kompletnie nie znających działalności konkretnej gwiazdy, z automatu wciskających ikonkę z uniesionym kciukiem do góry na jego profilu, bo taka była moda. Gdybym ja to zrobił, w swoim mniemaniu, okazałbym tej osobie brak szacunku. Logiczne jest, że prawdziwi fani zalajkowali profil Paula przed jego wypadkiem.

***

Jako 21-letni chłopak, w swym relatywnie krótkim życiu, przeżyłem tylko jedną śmierć swojego wielkiego idola. Było to odejście Michaela Jacksona.

25 czerwca 2009 roku pamiętam bardzo dokładnie. Od kilku dni, jako szesnastoletni absolwent gimnazjum, cieszyłem się z długo wyczekiwanych wakacji. Gdy wstałem z łóżka koło godziny 11 (lubię spać), na moim telefonie miałem chyba sześć nieodczytanych wiadomości. Co jest grane – pomyślałem. Treść wszystkich smsów była dosyć podobna i tak samo wymowna: Michael Jackosn nie żyje. Przez kilkanaście sekund nie mogłem w to uwierzyć, ale gdy na jednym z telewizyjnych kanałów, prezenter z idealnie uczesanymi włosami mówił o śmierci Króla Popu, wszystko okazało się oczywiste.

Jako, że miałem te rzeczone szesnaście lat, mój rozwój emocjonalny nie był tak rozwinięty, jak teraz (choć niektórzy uważają, że pod tym względem, od tamtego czasu kompletnie się nie zmieniłem). W związku z tym bardzo głęboko przeżyłem śmierć swojego największego idola. Ale czy płakałem? Nie. Czułem ból, rozgoryczenie, smutek, ale nie do tego stopnia, by uronić choćby kropelkę łzy. Kochałem twórczość Michaela, ale fakt ten nie był obligatoryjny z moją czarną rozpaczą. Podejrzewam, że dzisiaj uczucie rozgoryczenia byłoby jeszcze słabsze. Dlaczego? Mówiąc najprościej – dojrzałem. Kocham muzykę i ludzi ją wykonujących, ale gdy Mick Jagger, Keith Richards, Ozzy Osbourne, czy Madonna odejdą kiedyś z tego świata, będę jedynie zszokowany i wzruszony, aczkolwiek łzy i smutek pozostawię do wykorzystania ich najbliższym, którzy posiadają do tego pierwszeństwo i wieczne prawo.

***

Nie byłem jeszcze w kinie na Szybkich i wściekłych 7. Jednak widząc jego pozytywne recenzje, postaram się tę zaległość jak najszybciej nadrobić. Jeśli okaże się, że ostatnia scena ze wspomnianego we wstępie teledysku do utworu See You Again, będzie również ostatnim kadrem tego filmu, to stanie się ona chyba najprostszym i najpiękniejszym pożegnaniem Paula Walkera, jakie reżyser i producenci filmu mogli mu podarować. Jest subtelna i bezpretensjonalna. Do głowy by mi nie przyszło, że przy użyciu dwóch aut i asfaltowej drogi, można tak pięknie ukazać miłość do samochodów, męską przyjaźń i ostateczne pożegnanie. Fragment ten nie wyciska chamsko widzowi łez z oczu. Nie podaje odbiorcy wszystkiego na tacy.

Nigdy nie spodziewałbym się, że scenę z filmu akcji opiszę epitetami: piękna, poruszająca i genialna.

A jednak.

Czytaj również