Punk Rock Show w Katowickim Spodku

W niedzielę, 23 czerwca, Katowicki Spodek wypełnił się po brzegi fanami punk rocka, którzy przybyli uczestniczyć w wydarzeniu zorganizowanym przez Knock Out Productions. Na jednej scenie wystąpili: Castet, Booze & Glory, Agnostic Front, Bad Religion i Dropkick Murphys.

Lokalni na start

Na pierwszy ogień poszedł Castet. To wielkie wydarzenie, bo chyba żadna polska kapela wcześniej nie miała okazji grać w Spodku. Castet to muzycznie nie mój klimat. Rozumiem wpływ nie tyle co Castetu, a osób tworzących ten zespół na scenę punk rockową w Polsce, ale muzycznie ja osobiście tego fenomenu zrozumieć nie potrafię. Niemniej jednak cieszy mnie fakt, że dożyłem czasów, kiedy na tak symbolicznej scenie jak Katowicki Spodek mogłem zobaczyć lokalny zespół.

Następnie na scenie pojawiło się międzynarodowe (i nawet lokalne) Booze & Glory. Ta kapela to klasa sama w sobie – ich energetyczny występ porwał publiczność od pierwszych dźwięków. Od razu można było poczuć ich doświadczenie i niesamowitą swobodę poruszania się na scenie. Setlista idealnie wpasowała się w dość krótki czas, jaki mieli do dyspozycji na scenie. Zagrali takie utwory jak London Skinhead Crew, Blood from a Stone czy stosunkowo nowy The Streets I Call My Own. Nogi rwały się do pogo, a gardła do śpiewu. Ich melodyjne brzmienie i zgrana, zaraźliwa energia zespołu sprawiły, że wydarzenie nabrało prawdziwego tempa.

Wielka trójka tego wieczoru

Z trzech wielkich amerykańskich zespołów jako pierwsi na scenę weszli Agnostic Front. Był to mój kolejny ich koncert i, niestety, widać, że ich najlepsze lata są już za nimi. Gdybym nie znał ich utworów, to nie rozumiałbym, o czym Roger Miret śpiewa. Vinnie Stigma częściej wymachiwał gitarą w górze niż na niej grał. Swoją drogą, czy jego gitara była w ogóle podłączona do wzmacniacza, pozostanie zagadką na zawsze. Mimo to, zagrali kilka klasycznych utworów, które przywołały wspomnienia z ich świetności tj. For My Family czy Gotta Go . Jednak całość występu pozostawiła nutkę rozczarowania.

Bad Religion gwiazdą wieczoru

Dla mnie główną gwiazdą wieczoru było Bad Religion. Kalifornijczycy rozpoczęli swój set od Recipe for Hate z 1993 roku, a Greg Graffin, mimo blisko sześćdziesiątki, emanował energią młodzieńca. Ich setlista była idealnie dobrana – od My Sanity po Sorrow, przy którym zdarłem sobie gardło. Zakończyli koncert hitami Punk Rock Song i American Jesus, pozostawiając publiczność w euforii. Mimo domagania się bisów, zespół nie wrócił na scenę. Było to jednak coś, czego długo nie zapomnę. Być może był to ich ostatni koncert w Polsce, ponieważ zespół istnieje już 44 lata. Cieszę się, że to zobaczyłem. Brakowało mi tylko You, które pokochałem jako nastolatek grając na PC w Tony Hawk Pro Skater 2 :)

Dropkick Murphys – dopłynęliśmy do Bostonu?

Na zakończenie wieczoru na scenie pojawili się Dropkick Murphys. Jednym z pierwszych utworów, z którymi weszli, był „The Boys are Back”, co dosłownie zatrzęsło ziemią. Zagrali swoje największe hity jak Smash it Up, Johnny I Hardly Knew Ya czy Workers Song. Choć brakowało Al Barra, który moim zdaniem jest „tym lepszym wokalistą”, Ken Casey na wokalu dał z siebie 150%. Utwory, takie jak Rose Tattoo, wypadły świetnie, a publiczność śpiewała razem z zespołem, często dorównując decybelami nagłośnieniu.

Koniec końców uważam, że ten wieczór należał do Bad Religion, które zasłużyło na miano prawdziwej gwiazdy wieczoru.

Mimo niesamowitych wrażeń muzycznych, nie mogę nie wspomnieć o cenach merchu i „spożywki”. 150 zł za koszulkę (której cena produkcji wychodzi jakieś 20zł?) to prawdziwe bandyctwo, zwłaszcza na punkowym koncercie, a piwo za 18 zł również pozostawia wiele do życzenia. Niestety, nadal w Polsce spotykamy się z mentalnością, że jak zamkniesz większą grupę ludzi w jednym miejscu, to od razu trzeba ich oskubać, bo przecież „i tak coś kupią”. Przykra sprawa.

Podsumowując, koncert w Spodku był zdecydowanie wydarzeniem roku i obowiązkowym punktem na mapie koncertowej każdego fana punk rocka. Spodek świetnie nadaje się do takich imprez. Nie jest za mały, ale też nie jest tak duży jak stadion czy inne areny, w których można się zgubić. Śląski obiekt „je gynau” :) Mam nadzieję, że takie wydarzenia będą częściej organizowane, a mi osobiście kiedyś uda się jeszcze raz zobaczyć Bad Religion i usłyszeć You na żywo.

Czytaj również